Błędnie zdiagnozowano chorobę u kota

Krzysztof Giemza z tarnowskiej Fundacji Zmieńmy Świat, która sprawuje opiekę nad blisko 50 kotami, walczy o sprawiedliwość w sprawie błędu weterynaryjnego, w wyniku którego z życiem musiał pożegnać się jeden z jego czworonogów. Sprawie ma w najbliższym czasie przyjrzeć się Małopolska Izba Lekarsko-Weterynaryjna, jednak tarnowianin nie wyklucza, że odda ją również do sądu powszechnego.

Fot. Krzysztof Giemza

Jacuś, bo takie imię nosił kot, trafił pod opiekę pana Krzysztofa po wypadku komunikacyjnym, który miał miejsce kilka lat temu w gminie Gromnik. Zwierzę miało amputowany ogon, dotkliwie zdartą skórę na łapkach oraz uszkodzoną miednicę. Troskliwa opieka pana Krzysztofa i jego żony sprawiła, że kot szybko doszedł do siebie po traumatycznym przeżyciu i obrażeniach, które poniósł. Gdy wydawało się, że z czworonogiem jest już wszystko w porządku, kilka tygodni temu niespodziewanie przestał jeść. Pan Krzysztof zaniepokoił się jego stanem i udał się do jednej z tarnowskich lecznic weterynaryjnych.

– Ponad rok temu daliśmy tej lecznicy duży kredyt zaufania. Przyciągnęli nas do siebie tym, że oferowali dyżur 24 godziny na dobę – mówi Krzysztof Giemza. – Jacuś był w ostatnich dniach osowiały i nie przyszedł do jedzenia. Zaniepokoiło mnie to, bo wcześniej był bardzo aktywny i wraz z innym naszym kotem wchodził na szafę. Pomyślałem nawet, że mógł z niej spaść i coś sobie zrobić, dlatego postanowiliśmy udać się z nim do jednej z tarnowskich lecznic. Lekarz stwierdził, że kot ma poważny uraz głowy. Zrobił zdjęcie rtg oraz stwierdził, że w jelitach zalega kał. Zdiagnozował, że to wynik upadku i mocnego potłuczenia. Jacuś dostał steryd i lek rozkurczowy. Lekarz zalecał abyśmy zostawili kota samego i poczekali aż lek zadziała. Wróciłem z kotem do domu, jednak ten po chwili zaczął się trząść. Następnie słabł z godziny na godzinę. Moja żona zadzwoniła do lekarza, że coś niedobrego dzieje się z Jacusiem, ale on zapewniał, że wszystko jest pod kontrolą i lekarstwa za jakiś czas zaczną działać. Niestety chwilę później kot pożegnał się ze swoim życiem…

WARTO PRZECZYTAĆ:   Ryglice: Kto zgasił światło?

Pan Krzysztof postanowił zlecić w innej lecznicy wykonanie szczegółowej sekcji zwłok, która została następnie starannie udokumentowana. Wynik okazał się… zaskakujący. Sekcja nie wykazała bowiem żadnego urazu głowy, a kot miał w rzeczywistości wypełniony do granic możliwości pęcherz moczowy, co okazało się przyczyną zgonu.

– Wystarczyło zacewnikować kota i nic by mu się nie stało. Przecież mówiliśmy w lecznicy, że kot od pewnego czasu ma problemy z wypróżnianiem się, ale zlekceważono te słowa. Nasza fundacja na rzecz tej lecznicy płaciła miesięcznie faktury od 150 zł do 2 200 zł, a oni w taki sposób potraktowali stałego klienta… Mam świadomość tego, że błędy weterynaryjne się zdarzają. Każdy jest tylko człowiekiem. Nie podoba mi się jedynie styl w jaki nas potraktowano, dlatego skierowaliśmy sprawę do rzecznika odpowiedzialności zawodowej, który działa przy Małopolskiej Izbie Lekarsko-Weterynaryjnej i będziemy czekać na dalsze postępowanie w tej sprawie – tłumaczy Krzysztof Giemza.

Odpowiedzialność lekarza weterynarii za błąd to bardzo istotna kwestia dla wszystkich hodowców i posiadaczy zwierząt. Błędu mogą dopuścić się przecież nie tylko lekarze, którzy procesy lecznicze wdrażają w stosunku do ludzi, ale również do zwierząt. Każdego roku dziesiątki tego typu spraw lądują na biurku okręgowego rzecznika odpowiedzialności zawodowej. Wyrok wydaje sąd lekarsko-weterynatyjny. Jeśli lekarz zostanie uznany za winnego przed sądem dyscyplinarnym, mogą wobec niego zostać orzeczone kary takie jak: upomnienie, nagana czy zawieszenie prawa wykonywania zawodu lekarza weterynarii na okres od trzech miesięcy do trzech lat. Kara i stopień jej dolegliwości zależy oczywiście od przewinienia, którego dopuścił się lekarz oraz jego postawy, m.in. po popełnieniu błędu czy w trakcie postępowania przed sądem. Sąd lekarsko-weterynaryjny przy wymierzaniu kary bierze także uwagę stopień winy, naruszenie zasad etyki i deontologii zawodowej, sprzeczność z przepisami o wykonywaniu zawodu lekarza weterynarii i skutki czynu.

WARTO PRZECZYTAĆ:   Milionowe inwestycje w Skrzyszowie

– W moim odczuciu śmierć Jacusia, to wynik rażąco błędnej diagnozy lekarskiej. W zasadzie mamy tu przykład nie tylko złej diagnozy, ale i prawdopodobnie źle dobranych leków, które nie pomogły, a mogły zaszkodzić. Narządy kota, które wycięto podczas sekcji zwłok, wysłaliśmy również do laboratorium specjalistycznego w Berlinie w Niemczech, które także potwierdziło, iż przyczyną śmierci Jacusia był wypełniony pęcherz moczowy. Wyrok sądu lekarsko-weterynaryjnego będzie dla nas podpórką do tego, aby wnieść sprawę do sądu z powództwa cywilnego. Będziemy starać się o pewne zadośćuczynienie, przynajmniej w takiej wysokości, która pokryje koszty leczenia kota. Chciałbym swoją sprawą zwrócić uwagę tych osób, które również utraciły swoje zwierzaki przez błędy weterynaryjne. Uważam, że takich spraw nie powinno zamiatać się pod dywan, ponieważ im wcześniej weterynarze i lecznice będą odpowiadać za popełniane przez siebie błędy, tym mniej zwierząt będzie narażonych na błędnie postawioną diagnozę i leczenie – kończy pan Krzysztof.

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl

*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

Comments are closed, but trackbacks and pingbacks are open.