Biznes na kółkach

Coraz częściej, aby dobrze zjeść, zamiast kolacji w wykwintnej restauracji, czy szybkiego posiłku w pobliskiej knajpie, wybieramy jedzenie z prosto z food trucka. „Biznes na kółkach” w naszym kraju rozwija się w błyskawicznym tempie, a imprez kulturalnych, podczas których prosto z samochodu zakupimy smacznego hamburgera, hot-doga, pizzę, czy frytki jest mnóstwo. Osoby, które zdecydowały się otworzyć tego typu działalności, nie ukrywają – aby sprawdzić się w tej branży, należy nastawić się na typowo cygańskie życie.

Food Truck „U Włocha”

Po polskich drogach jeździ już ponad 600 food trucków. Wciąż daleko nam, chociażby do USA, gdzie po tamtejszych trasach przemieszcza się ponad 3 mln takich pojazdów, jednak tempo rozwoju tej branży w naszym kraju jest naprawdę imponujące. – Jeszcze kilka lat temu, ilość food trucków w Polsce można było policzyć na palcach jednej dłoni. Dziś rynek jest już tak bardzo rozwinięty, że spokojnie możemy organizować specjalne zloty, na których pojawiają się foodtruckowcy z całego kraju – mówi Piotr Kołodziej, organizator „Food Festów”, czyli cyklu festiwali kulinarnych i zlotów food trucków. – Podczas tego typu spotkań rozmawiam z ludźmi, którzy zdecydowali się poświęcić swoje życie food truckom. Ich historie są różne. Jedni przez wiele lat pracowali w dużych korporacjach, aż w końcu postanowili wyrwać się z codziennej szarości, a inni od dawna byli związani z gastronomią, a food truck jest dodatkowym elementem ich prężenie działającej firmy.

Okazuje się, że aby zacząć swoją przygodę z tym biznesem, już na starcie należy zarezerwować odpowiednio duże pieniądze. Zakup samochodu to podstawa. Używana, kilkuletnia furgonetka, to wydatek nawet 30 tys. zł. Do tego dochodzi odpowiednie przerobienie pojazdu u sprawdzonego mechanika oraz wyposażenie go w sprzęt kuchenny. Całkowity koszt może zatem sięgnąć nawet 60 tys. zł. – To tylko jeden z licznych wydatków, które wiążą się z tym biznesem – mówi tarnowianka Edyta Kołodziej, która od trzech lat prowadzi tego typu działalność pod nazwą „U Włocha”. – Oprócz tego musimy doliczyć koszty związane z paliwem, a także z opłatą lokacyjną. Trzeba pamiętać, że prowadząc tego typu firmę, musimy liczyć się z ciągłymi podróżami. Sami pokonujemy niemal co tydzień 400 km. Kiedy pojawia się, jakaś większa impreza w Katowicach, Krakowie, Warszawie, czy Kielcach, wsiadamy w samochód i jedziemy. Niestety w Polsce prawo jest skonstruowane w taki sposób, że nie możemy postawić pojazdu w takim miejscu, jakie nam się spodoba. Opłaty lokacyjne mogą działać na wyobraźnię. Zdarza się, że zapłacimy 150 zł za jednodniowy postój, ale nie brakuje też sytuacji, że ktoś zażyczy sobie 5 tys. zł za pięciodniowy pobyt, podczas którego odbywa się jakaś większa impreza. M.in. z tego powodu nie udaliśmy się na Czad Festiwal, który organizowany był w Straszęcinie.

WARTO PRZECZYTAĆ:   Uruchomiono Tarnowski Uniwersytet Ludowy

Pani Edyta pytana o to, czy każdy może sprawdzić się w roli foodtruckera, ma duże wątpliwości. – Prowadzimy cygańskie życie. Nie wiem, czy każdy byłby w stanie poświęcić życie rodzinne na rzecz kilkudniowych podróży w różne zakątki kraju. Często podczas takich wyjazdów zdarza się, że nocujemy w hotelach, ale bywa też, że rozbijamy namioty, czy śpimy na materacach, spoglądając w gwiazdy, jak miało to miejsce podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Poza tym od osoby, która decyduje się na taki biznes, wymagane jest duże zaangażowanie, umiejętność współpracy w grupie, a także odporność na dość specyficzne warunki pracy. W pojazdach jest niewiele miejsca, więc należy poruszać się w taki sposób, aby nie przeszkadzać współpracownikom. W naszym przypadku, wewnątrz samochodu mamy zainstalowany piec gazowy, co uniemożliwia montaż klimatyzacji. Temperatura bywa więc bardzo wysoka i w takich warunkach również trzeba umieć sobie radzić.

Czy na „kuchni na kółkach” można dobrze zarobić? Wszystko uzależnione jest od tego, w jakim miejscu postawimy swój pojazd, jak wielka frekwencja będzie towarzyszyć danemu wydarzeniu kulturalnemu i przede wszystkim czy naszych planów o kilkutysięcznym utargu nie pokrzyżuje… pogoda. Foodtruckowcy nie ukrywają jednak, że w najlepszych dla siebie miesiącach, a za takie należy uznać te w okresie wakacyjnym, ich przychód może sięgać nawet 60 tys. zł! – Podczas jednej z imprez niedaleko Kielc potrafiliśmy w ciągu pięciu godzin obsłużyć ponad 400 klientów. To nasz rekord – mówi pani Edyta i dodaje – Najciekawsze w tym biznesie jest to, że mamy do czynienia z grupką klientów, którzy są w stanie… jeździć za nami nawet kilkadziesiąt kilometrów! Kiedy dowiadują się, że jesteśmy niedaleko miejsca, w którym akurat przebywają, potrafią wsiąść w samochód i przejechać 60 km, tylko po to, aby zjeść w naszym towarzystwie kawałek serwowanej przez nas pizzy. W ten sposób poznajemy masę ludzi i co chwilę nawiązujemy nowe znajomości.

WARTO PRZECZYTAĆ:   Moja kobieta mnie bije!

Patryk Kobiela od kilku lat prowadzi „Fit-Fat”, czyli food trucka, w którym swoim klientom proponuje dwa rodzaje menu: zdrowe, które opiera się na posiłkach wegańskich, bezglutenowych i niskowęglowodanowych, a także sycące, w skład którego wchodzi głównie wołowina. Według niego rosnące zainteresowanie food truckami wśród klientów wynika przede wszystkim z tego, że kupujący ma gwarancję świeżego towaru. – W naszej branży mamy takie powiedzenie – albo jedzenie jest świeże, albo nie ma go wcale. Trudno sobie wyobrazić, aby na samochodzie mieć mięso, które leżało na nim tak długo, aż w końcu się zepsuło. Zakupy robi się na bieżąco i z myślą, aby jak najwięcej sprzedać, a nie wyrzucić do kosza. Klienci to widzą. Oczywiście foodtruckowcy co jakiś czas prześcigają się w pomysłach na dania, które mogą serwować ze swoich samochodów. Coraz więcej na rynku kuchni chińskiej, dań z ziemniaków, czy różnego rodzaju oryginalnych kanapek. Nie można jednak przesadzać, bo podczas różnych imprez i tak wciąż da się zauważyć, że największą popularnością cieszą się burgery, zapiekanki, czy frytki. Czasami nie warto ryzykować ze swoim menu.

Piotr Kołodziej dodaje, że aby rzeczywiście odnosić sukcesy w tej branży, nie można nastawiać się na oszczędności. Tylko systematyczne inwestowanie, poszerzanie swojej oferty i wymiana przestarzałego sprzętu może spowodować, że będziemy cieszyć się nie tylko pracą, ale i również dużymi przychodami. – Zasada jest prosta. Jeżeli zaoszczędzimy pieniądze na miejscu postojowym, może okazać się, że więcej na tym stracimy, niż zyskamy. Dobre miejsce to podstawa, aby większa ilość klientów zwróciła uwagę na nasz samochód i zostawiła u nas pieniądze. Trzeba również umiejętnie ustalić cenę swojego dania, na które wpływa nie tylko cena produktów, z których je przyrządzimy, ale również koszt związany z opłatą lokacyjną, czy wydatek związany z podróżą. Jestem przekonany, że jest to biznes, w który warto zainwestować, a świadczy o tym stale zwiększająca się liczba osób, które postanawiają związać swoją przyszłość z „kuchnią na kółkach”.

WARTO PRZECZYTAĆ:   Sławomir Mikos - zbierając znaczki i banknoty

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

Dodaj komentarz