Po dłuższym czasie, ponownie wzięło mnie na głębsze przemyślenia. Jak wiadomo w tym roku (niemały wpływ miała na to zapewne „pandemia”) wielu maturzystom nie udało się zdać egzaminu maturalnego. Pomijając fakt, że w ubiegłych latach uczniowie mieli zdecydowanie większe szanse przygotować się do tego egzaminu, niż tegoroczni maturzyści, to swojego zdania nie zmieniam od wielu lat – matura to bzdura i w mojej opinii powinna zostać jak najszybciej zlikwidowana. Dlaczego? Już tłumaczę…
Wybieracie szkołę średnią. Uczycie się w niej przez 4-5 lat. Przez ten czas piszecie mnóstwo sprawdzianów, udzielacie wielu indywidualnych odpowiedzi, wasza wiedza jest non stop monitorowana. Na koniec każdego roku szkolnego nauczyciel podsumowuje to, co opanowałeś do tej pory i wystawia ci ocenę na świadectwie. Sprawdziłeś się? Masz bardzo dobrą ocenę. Coś tam wiedziałeś, ale nie było jakoś ekstra, jesteś dopuszczającym lub dostatecznym uczniem. Nie opanowałeś praktycznie nic, kończysz przedmiot z oceną niedostateczną i sporymi szansami na powtórkę roku. W moim odczuciu zasady jak najbardziej oczywiste i przede wszystkim uczciwe.
Matura… Dlaczego jeden egzamin po pięciu latach nauki ma przekreślić całą twoją pracę, którą wykonałeś do tej pory? Są ludzie, którzy posiadają olbrzymią wiedzę, ale nie potrafią jej „sprzedać”. Są ludzie, którzy na egzaminach przeżywają ogromny stres, który całkowicie ich paraliżuje. Pomimo tego, że znają odpowiedzi na większość pytań, nie potrafią wydusić z siebie słowa…
Matura w mojej opinii to… najbardziej nieuczciwy egzamin w naszym życiu. Mówię całkowicie poważanie i nawet pozwolę sobie na pewne porównanie (oczywiście potraktujcie je z przymrużeniem oka, ale w pewnym stopniu obrazuje „problem”).
Kurs na prawo jazdy. Kursant podczas lekcji jeździ idealnie. No po prostu wygląda, jakby urodził się za kółkiem. Przychodzi egzamin. Trafia na niezwykle wrednego egzaminatora, który oblewa go już na starcie. Nie ma znaczenia, że w rzeczywistości ten kursant jazdę samochodem opanował niemal w sposób perfekcyjny. Egzaminator na JEDNYM egzaminie uważa, że się nie nadaje. Koniec. Mamy z kolei drugiego kursanta, który podczas zajęć jeździ po pachołkach, stwarza niebezpieczeństwo na drodze. Podchodzi do egzaminu. Cudem dostaje trasę, którą jeździł przez ostatnie dwa tygodnie. Z pewnymi błędami, ale pokonuje ją i dostaje prawko. Mija rok od egzaminu jednego, jak i drugiego kursanta. Na drodze dochodzi do śmiertelnego wypadku. Sami spróbujcie odpowiedzieć sobie na pytanie, kto miał większą szansę spowodować tę tragedię?
Tak samo jest z maturą… Zdarza się, że zdają ją osoby, których wiedza jest zdecydowanie mniejsza niż osób, które jej nie zdają. Jeden absurdalny egzamin (bo chyba przyznacie mi rację drodzy Państwo, że gdybyśmy dziś podchodzili do zdawania matury „z buta”, to większość z nas by jej nie zdała) decyduje o przyszłości konkretnej osoby.
Egzamin maturalny powinien już dawno zostać zastąpiony średnią ocen ucznia z pięciu lat nauki. To najbardziej uczciwe rozwiązanie. Pracodawcy, czy uczelnie wyższe i tak mają bardzo dobre rozeznanie co do renomy poszczególnych szkół średnich i doskonale wiedzą, że „5” na świadectwie w przypadku szkoły „X” może się równać z „3” na świadectwie w przypadku szkoły „Y”. Po co więc matury? Zwłaszcza, że jak mówią nam słowa pewnego powiedzenia: „Nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z ciebie oficera…”. I to przede wszystkim powinniśmy wziąć sobie do serca…
Comments are closed, but trackbacks and pingbacks are open.