Karp zniknie z wigilijnych stołów?

W sejmie pojawił się pomysł wprowadzenia w życie nowej ustawy o prawie wodnym mającym na celu nałożenie opłat za wodę wykorzystywaną w produkcji żywności. Jeżeli prawo wejdzie w życie, w pierwszej kolejności ucierpią na tym właściciele hodowli ryb, ale konsekwencje odczują również zwykli obywatele, ponieważ proponowane zmiany mogą spowodować, iż ryby nie tylko będą o wiele droższe, ale również w ogóle może zabraknąć ich na rynku.

Gefilte_fish_-_step_20_(Anschnitt_3)
Farsz karpia po żydowsku by Olaf.herfurth (fot. Wikipedia)

Hodowcy ryb, którzy zużywają kilka milionów metrów sześciennych wody rocznie są przerażeni ewentualnymi zmianami w ustawie. Niektórzy mówią wprost, że to gwóźdź do trumny biznesu, który i tak od kilku lat nie przynosi zbyt wielkich zysków. Ministerstwo Środowiska zamierza ustanowić specjalne wysokości opłat za wodę pobieraną z przyrody za pomocą specjalistycznych urządzeń technicznych – 1,64 zł za 1 metr sześcienny pobranej wody podziemnej oraz 0,82 zł za 1 metr sześcienny pobranej wody powierzchniowej. – Stawki, jakie zaproponowało ministerstwo są nie do przyjęcia. Przeliczając zapotrzebowanie wody na napełnienie stawów, czy późniejsze utrzymanie zalewów, dodatkowe opłaty spowodują prawdziwą katastrofę na naszym rynku. Dodatkowo projekt ustawy wprowadza obowiązek instalacji certyfikowanych urządzeń do stałego monitorowania ilości pobieranej i odprowadzanej wody, co również jest bardzo kosztowne – mówi Damian Kosierb, kierownik Gospodarstwa Rybackiego Lasów Państwowych w Wierzchosławicach. – Gospodarstwa, które używają pomp do napełnienia stawów lub uzupełnienia braków wody będą musiały zapłać nawet 82 grosze za metr sześcienny wody. W naszym przypadku, posiadając ponad 70 hektarów lustra wodnego, zapotrzebowanie zamyka się w kilku milionach metrów sześciennych wody. To daje milionowe koszty, a przecież nasze dochody liczone są zaledwie w tysiącach złotych. Zastanawiam się czy ludzie, którzy wpadli na pomysł wprowadzenia tzw. prawa wodnego dostrzegają rolę gospodarstw rybackich? Przecież one nie tylko generują miejsca pracy i dają produkt w postaci wigilijnego karpia, ale również odgrywają ogromną rolę dla całego środowiska, chociażby poprzez różnorodność roślin i zwierząt występujących w ich otoczeniu. Należy także pamiętać, że zasoby wodne naszego kraju są bardzo małe. Stawy poprawiają bilans wodny i na to również powinno zwrócić się uwagę, a nie tylko na pieniądze z dodatkowego opodatkowania.

WARTO PRZECZYTAĆ:   Testamentu boimy się jak śmierci...

W naszym kraju około 7 tys. osób jest bezpośrednio związanych z rybactwem. Dodatkowo należy doliczyć do tego dziesiątki firm zajmujące się przetwórstwem, które również zatrudniają setki osób. Poprzez zmianę przepisów, liczba ta może zmniejszyć się nawet kilkukrotnie. Marek Ferlin, prezes Polskiego Towarzystwa Rybackiego jest zdania, że konsekwencją proponowanych przez rząd zmian będą nie tylko masowe zwolnienia, ale również upadek większości gospodarstw a także przyrody w naszym kraju, której odbudowa będzie wręcz niemożliwa. – Stawy są częścią ekosystemu. Należy zadać sobie pytanie, co stanie się nie tylko z rybami, ale również roślinnością, czy nawet ptakami, jak chociażby orłem, który na co dzień żywi się właśnie rybami? Za chwilę zabraknie nam również łososia w Bałtyku, ponieważ zarybiany jest smoltem, który pochodzi właśnie z hodowli w gospodarstwach rybackich. Na co dzień utrzymujemy również kaczki, czy łabędzie, które żywią się pokarmem, którym dokarmiamy ryby.

Według prezesa Polskiego Towarzystwa Rybackiego poprzez ewentualne zmiany w prawie, stracą również zwykli obywatele. – Hodowle, które pozostaną na rynku, będą sprzedawać ryby z kilkukrotną przebitką. Wigilijny karp? On nie tylko nie będzie rarytasem, ale może dojść do sytuacji że w ogóle nie będzie obecny w sprzedaży! Chyba, że hipermarkety ściągną go z Czech, albo Litwy…

Rybacy zgodnie twierdzą, że są gotowi do masowych protestów. Po cichu liczą jednak na to, że rządzący podczas zaplanowanych w najbliższym czasie konsultacji zmienią obecnie zaproponowane wysokości opłat. – Wcześniej nie podnosiliśmy głosu, bo wystarczało nam na życie. Teraz chce nam się zabrać ostatnie pieniądze. Musimy reagować. Nie pozwolimy na to, aby jeden dokument przekreślił cały nasz dotychczasowy dorobek – dodaje Marek Ferlin.

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

Dodaj komentarz