Ks. Tomasz Fajt i jego boliwijska historia

Misjonarz z Radłowa, ks. Tomasz Fajt od ponad 3 lat przebywa na misjach w boliwijskim Concepcion. Na co dzień kapłan sprawuje posługę w tamtejszej parafii, a także pomaga Boliwijczykom w walce z trudnościami dnia codziennego, zwłaszcza w tak trudnym okresie, jak ten związany z pandemią koronawirusa. Kilka tygodni temu w sąsiedztwie swojej parafii otworzył… „Ogród Bibilijny”, o którym zrobiło się głośno w tamtejszym kraju.

Ks. Tomasz Fajt i Boliwijczycy

Biedni ludzie, słaba kuchnia
Ks. Tomasz Fajt od momentu, kiedy przyjął święcenia kapłańskie, marzył o tym, aby nauczać o Bogu w różnych zakątkach świata. – Miałem pomysł na życie, aby pracować w miejscu, gdzie brakuje kapłanów, gdzie trzeba pomocy misjonarzy. Przez pierwsze dwa lata pracowałem w jednej z polskich parafii, następnie na rok trafiłem do innej, po czym zgłosiłem chęć wyjazdu na misje. Już będąc w seminarium miałem okazję pojechać do Afryki na staż misyjny, więc wiedziałem, jak wygląda to od środka. Nie za bardzo chciałem trafić jednak na Czarny Ląd. Afryka zawsze była obecna w moim życiu. Przez kilkanaście lat w Tanzanii pracował mój tata. Zdarzyło się, że go tam odwiedziłem, więc trochę poznałem tamtejszy klimat. Bardzo się ucieszyłem, kiedy dowiedziałem się, że ostatecznie udam się do Ameryki Południowej. Bóg chciał, że była to Boliwia – mówi duchowny z Radłowa i dodaje – Nie czułem zbyt wielkiego stresu, że udaję się w nieznane. Podchodziłem do tego spokojnie, chociaż zdawałem sobie sprawę, że będę musiał liczyć tylko na siebie. W Polsce, kiedy zepsuje ci się kran, dzwonisz po hydraulika. W Concepcion, gdzie trafiłem, nie ma o tym mowy. Przebywam z ludźmi, którzy żyją z dnia na dzień. Zamieszkują lepianki w dżungli i oprócz nich nie mają praktycznie nic. Jedzenie zdobywają poprzez upolowanie jakiegoś zwierzęcia lub zebranie zasadzonych wcześniej owoców i warzyw. Ja nauczam ich o Bogu, ale oni uczą mnie doceniać to, co się ma i czerpać z tego ogromną radość.

Ksiądz Tomasz nie ukrywa, że Boliwia jest najbiedniejszym krajem w Ameryce Południowej. Różnica pomiędzy boliwijskimi, a afrykańskimi dżunglami jest jedynie taka, że w Afryce panuje większy głód. Oprócz tego tutaj także jest problem z wodą, prądem, czy telefonem. – Internet założyłem dopiero w ubiegłym tygodniu. Wcześniej korzystałem tylko z tego, który mam w telefonie… Zresztą z telefonami też jest problem. O ile w większych miastach spokojnie możemy cieszyć się zasięgiem, o tyle w mniejszych miejscowościach nie ma szans gdziekolwiek się dodzwonić. Często występują też problemy z brakiem wody lub prądu. Wielu mieszkańców korzysta więc z agregatów prądotwórczych na benzynę lub z baterii słonecznych – tłumaczy duchowny i dodaje, że w dalszym ciągu nie przekonał się do boliwijskiego jedzenia. – Tutaj zawsze musi być mięso! Bez znaczenia, czy z krowy, drobiu, czy świni. Mięso to podstawa. Do tego dochodzi ryż lub ziemniaki oraz pomidor i cebula. Kuchnia jest prosta, ale ciężkostrawna. Mięsa nigdy się nie gotuje, zawsze jest pieczone. Jeśli zaś mówimy o zupach, to też nie ma rewelacji. Przeważnie jemy zupę warzywną, oczywiście z dodatkiem mięsa, bananową lub z… głowy świni. Nikt nie skupia się tutaj na przyprawach, więc jedzenie prawie zawsze jest niedoprawione, przez co mało smaczne. Oprócz tego jemy mnóstwo owoców. One akurat są przepyszne.

WARTO PRZECZYTAĆ:   Wielkie ślubowanie i pasowanie uczniów w ZSOiZ w Gromniku! (ZDJĘCIA)

Nie boją się koronawirusa
Koronawirus nie wyrządził jak do tej pory zbyt dużej krzywdy mieszkańcom Boliwii. Być może wynika to z tego, że… mało kto przykłada do niego większą wagę. Kiedy na początku ubiegłego roku wybuchła pandemia COVID19, ks. Tomasz miał możliwość powrotu do Polski, jednak z niej nie skorzystał. Jak mówi, to w Boliwii czuje się bardziej potrzebny. – Nikt z polskich misjonarzy nie brał pod uwagę powrotu do Polski. Wszyscy postanowiliśmy zostać, aby być z tutejszymi mieszkańcami w tym trudnym dla nich czasie. Jestem odpowiedzialny za tych ludzi i za parafię, w której służę. Wszystkich traktuję jak moją wielką rodzinę. Początek pandemii był trudnym okresem w Boliwii. Rząd zdecydował się na zamknięcie miejsc pracy, szkół, a także wprowadził zakaz przemieszczania się. Problem pojawił się później, bo przecież można zamknąć ludzi w domach, ale… co dalej? Zdecydowana większość z nich nie ma kont bankowych, czy oszczędności. Wielu mieszkańców Concepcion przychodziło do mnie z prośbą o pomoc, ponieważ przez pozbawienie ich pracy, nie mieli za co żyć. Koronawirus niezbyt mocno dotknął Boliwię. Szybko wprowadzone obostrzenia sprawiły, iż nie było zbyt wielu zakażeń. Inną sprawą jest to, na ile w takim kraju, jakim jest Boliwia możemy wierzyć liczbom podawanym przez tutejszy rząd. Boliwijczycy bardziej niż koronawirusa obawiają się innych chorób. Wśród nich jest chociażby chikungunya, czy denga, choroba przenoszona przez komary, bardzo często występująca w porze deszczowej. Sam ją przeszedłem i nikomu nie życzę, aby na nią zachorował. Wiele osób zarówno starszych, jak i młodszych, traci w jej wyniku życie.

Ks. Tomasz Fajt nie ma również wątpliwości, że wielu Boliwijczyków nie przyjmie szczepionki na koronawirusa. Powód jest prozaiczny – wielu z nich dla rządowego systemu po prostu nie istnieje. -Rząd chwalił się ostatnio, że zakupił rosyjskie szczepionki Sputnik, jednak decyzji w sprawie szczepień jeszcze nie podjęto. Rozmawiałem z kilkoma swoimi parafianami na temat szczepień i oni mówią mi wprost, że przechodzili koronawirusa, ale wyleczyli go swoimi… ziołami i naparami. Nie wierzę, że tutejsi mieszkańcy lawinowo ruszą po szczepionkę. Większość z nich nie istnieje dla państwa, ponieważ nie posiada dowodów osobistych. Jak zaszczepić ludzi, skoro nie funkcjonują oni w systemie?

WARTO PRZECZYTAĆ:   Nad wodę marsz!

Zapierający dech w piersiach „Ogród Biblijny”
Kilka tygodni temu ks. Tomasz w sąsiedztwie swojej parafii oddał do użytku wiernych „Ogród Biblijny”. W ogrodzie znajduje się ponad 30 rzeźb nawiązujących do najważniejszych wydarzeń opisanych na kartach Pisma Świętego. Przy wejściu widzimy drzewo życia, następnie jest Arka Noego, wieża Babel, zawarcie przymierza, gorejący krzew, przejście przez Morze Czerwone, arka przymierza, czy kompas z czterema stronami świata, z których – jak pisze Biblia – przyjdą ludzie, by uwielbiać Boga. Nie brakuje również sceny z pojedynku walki Dawida z Goliatem. Podczas wędrówki po ogrodzie czekają na nas również rzeźby nawiązujące do Nowego Testamentu. Jego czas rozpoczyna chrzest Jezusa w Jordanie. Nie zabrakło pięciu bochenków chleba i dwóch ryb, osiołka przypominającego o wjeździe Jezusa do Jerozolimy, krzyża na Golgocie i pustego grobu Jezusa Zmartwychwstałego.

– Wszystko jest podświetlone i opatrzone tablicami. Poświęciliśmy temu mnóstwo pracy, a pieniądze udało się zebrać od wiernych podczas mojego urlopu w Polsce, kiedy odwiedzałem różne parafie opowiadając o misjach w Boliwii. Sporą część zebrał także ks. Tomasz Kaczor, z którym jestem na misji. Pieniądze uzyskałem również od sióstr zakonnych z Korei Południowej, które pomagają nam przy parafii oraz biskupa Antoniego Reimanna. Pomysł na „Ogród Biblijny” nie zrodził się przypadkiem. Swego czasu swoją posługę kapłańską pełniłem w jednej z parafii w Muszynie. Tam również funkcjonuje taki ogród i postanowiłem w pewien sposób przenieść go na boliwijskie podwórko. Efekt końcowy jest lepszy niż przewidywałem. W Boliwii jest mnóstwo innych „kościołów”, w Polsce zwanych po prostu sektami. Każdy może założyć sobie tutaj „swój kościół”. Buduje się lub wynajmuje budynek, ktoś nazywa się przywódcą „kościoła” i gromadzi ludzi wokół siebie. Wiele zła czynią również lokalni szamani, którzy wyłudzają od ludzi pieniądze w zamian za odprawianie czarów, które oczywiście nie działają. „Ogród Biblijny” może pomóc mi w przygarnięciu wiernych, którzy wciąż szukają swojej drogi duchowej. Wielu mieszkańców Concepcion nie potrafi czytać i pisać. Przez symbole, czy rzeźby dużo łatwiej jest dotrzeć do nich z Ewangelią – mówi ks. Tomasz, który dodaje, że nie wie, jak będą wyglądały jego kolejne lata na misji. – Być może będę w Boliwii do końca życia? W tak zwariowanym świecie niewiele można zaplanować. Jestem misjonarzem, a więc kapłanem posłanym przez biskupa mojej rodzinnej diecezji tarnowskiej. Osobiście na dziś czuję się potrzebny w Concepcion i nie wykluczam, że zostanę tutaj na długie lata. Na razie nie myślę o powrocie do Polski. A co do misji w innych krajach? Pan Bóg ma na pewno pomysł na nasze życie i trzeba słuchać Jego głosu, nie bać się i iść tam, gdzie nas prowadzi. Dlatego nigdy nie mów nigdy – uśmiecha się duchowny z Radłowa.

WARTO PRZECZYTAĆ:   To ja, złodziej...

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

Comments are closed, but trackbacks and pingbacks are open.