Marian Mikuła, czyli jak w „Potopie” walczono bronią z Tarnowa

 

Jest Mistrzem Rzemiosła Artystycznego. Jego szable, tarcze, rapiery, pistolety, bandolety, ryngrafy, czy zbroje służyły aktorom grających w takich filmach jak: „Potop”, „Lalka”, „Kopernik”, „Piraci”, czy „Ogniem i Mieczem”. O kim mowa? O mieszkającym w Tarnowie Marianie Mikule, który już od kilkudziesięciu lat prowadzi działalność rzemieślniczą, a z jego dzieł korzystali nie tylko wybitni polscy reżyserzy, ale także kościoły różnych wyznań, teatry, czy muzea.

Marian Mikuła3
Marian Mikuła

Podziękowania od kaskadera
Wszystko zaczęło się w 1971 roku, kiedy to Mikuła rozpoczął starania o zezwolenie na działalność rzemieślniczą. – Trwało to rok, bo aż tyle czasu potrzebowali urzędnicy, aby wydać pozwolenie. Próbowano mnie przekupić, abym dał im „na lewo” jakieś pieniądze, a decyzja pojawi się lada moment. Nigdy nic ode mnie nie dostali! W końcu udało się uzyskać pozwolenie – wspomina tamten okres. Już na samym początku swojej działalności rozpoczął współpracę z Filmem Polskim. Pierwszym filmem dla którego wykonał swoje dzieła był „Kopernik” w reżyserii Ewy i Czesława Petelskich. Dzięki niemu występujący w nim aktorzy mogli korzystać z wielu rozmaitych naczyń z tamtej epoki oraz pełnych zbroi rycerskich. Wiele z nich do dzisiaj wykorzystywanych jest przy produkcji kolejnych polskich filmów, tak jak chociażby dzban wykonany z mosiądzu techniką wyoblania, którego replika znajdowała się w kolekcji Rezy Pahlawiego, szacha Iranu! – Początki były naprawdę trudne. Musiałem współpracować z kilkoma warsztatami, wśród których były stalownie, kuźnie, czy odlewnie. W pewnym sensie byłem bardziej organizatorem tego wszystkiego, niż samodzielnym wykonawcą. Sprawowałem nad tym pieczę. Sam również pracowałem w bardzo ciężkich warunkach. W swoim zakładzie nie miałem wentylacji i niejednokrotnie po zakończonej pracy nad konkretnym projektem potrafiłem odchorowywać to tygodniami.

Po tym, kiedy dał się poznać jako wysokiej klasy płatnerz, z jego usług zaczęli korzystać kolejni reżyserzy, jak chociażby Jerzy Hoffman, którego aktorzy na planie filmu „Potop” posługiwali się wykonanymi przez niego szablami, pistoletami, zbrojami i ich częściami. Był rozchwytywany na kinematograficznym rynku. Nic dziwnego, że pojawiły się kolejne filmy, dla których tworzył swoje dzieła, a były wśród nich m.in.: „Lalka”, „Kazimierz Wielki”, „Ojciec Królowej”, „Piraci”, czy „Ogniem i Mieczem”. – Dla „Piratów” Romana Polańskiego wykonałem kilkanaście szabel. Pewnego dnia otrzymałem pocztówkę od jednego z kaskaderów występujących na planie tego filmu. Znalazły się na niej specjalne podziękowania pod moim adresem, w których oznajmił mi, że jeszcze nigdy nie korzystał z tak dobrego sprzętu. Nie ukrywam, że sprawiło mi to ogromną radość i satysfakcję – cieszy się Mikuła.

WARTO PRZECZYTAĆ:   Ella Zolotarenko - Zarazić ukraińskim malarstwem

Życie ważniejsze, niż praca
Kilka razy natrafił na dość specyficzne zlecenia, jak chociażby w przypadku pewnego mieszkańca Gdańska. – Mężczyzna wydzwaniał do mnie codziennie przez kilka tygodni. Nalegał, aby zrobić mu zbroję, więc wykonałem ją dla niego. Kiedy dotarłem do jego mieszkania, zapytałem do czego będzie mu służyć. Okazało się, że zapragnął, aby po śmierci jego ciało spalono. Kościół nie zezwalał w tamtych czasach na kremację zwłok, więc mężczyzna postanowił, że po śmierci odda zbroję do jednego z kościołów, a jego brat umieści w niej jego… spalone zwłoki! Ostatecznie nic z tego nie wyszło, ponieważ klient nie chciał zapłacić takich pieniędzy, na jakie się umówiliśmy. Dziś zbroja znajduje się w rękach jednego z kolekcjonerów w Niemczech.

Tarnowianin wiele przeszedł w swoim życiu. Jest po dwóch zawałach serca, a także po zwalczeniu nowotworu złośliwego. Mimo wszystko, nie zrezygnował ze swojej pasji, a jednocześnie pracy, z której się utrzymuje. – Po zawale nie miałem za co żyć. Ze względu na zdrowie musiałem zawiesić działalność. W internecie sprzedawałem obrazy, aby mieć na chleb. Natrafiłem na ogłoszenie Szkoły Wyższej Rzemiosł Artystycznych i Zarządzania we Wrocławiu, w którym promowano kierunek – jubilerstwo i obróbka kamieni. Napisałem podanie i zostałem przyjęty. Niestety już po drugim zjeździe dowiedziałem się, że mam raka. Leczyłem się pół roku, po czym wróciłem na studia. Po dwóch latach zostałem wykładowcą na tej uczelni! Nie pisząc nawet podania o pracę! – nie ukrywa zadowolenia i dodaje – Wcześniej wydawało mi się, że świat się zawali, kiedy nie uda mi się dopilnować jakiegoś terminu związanego z wykonaniem danego dzieła. Kiedy wieziono mnie karetką reanimacyjną do Krakowa, a następnie leżałem nagi na sali operacyjnej, uświadomiłem sobie, że człowiek jest tylko kawałkiem mięsa i tak naprawdę życie opiera się na ważniejszych aspektach, niż tylko tych związanych wyłącznie z pracą.

WARTO PRZECZYTAĆ:   Szczepionka na raka? Niesamowity przypadek Anglika!

Wyszkolić swoich następców
W tej chwili skupia się na ukończeniu budowy nowego warsztatu, w którym jako jedyny w Polsce będzie dokonywał złocenia i srebrzenia ogniowego. W listopadzie przyszłego roku będzie bronił pracy dyplomowej na kierunku – konserwacja dzieł sztuki, którą również chciałby zajmować się w swojej działalności. Wciąż szuka również swoich następców. – Na przyszłoroczne wakacje planuję uruchomić Szkołę Sztuk Użytkowych, dla uczniów szkół artystycznych, studentów i wykładowców, którzy chcieliby poznać techniki jubilerstwa, złotnictwa, kowalstwa, odlewnictwa, rysunku technicznego i artystycznego. Chcę wyszkolić osoby, które mogłyby kontynuować moje dzieło. Nie tak dawno praktyki odbywała u mnie dziewczyna z jednej z krakowskich uczelni. Była sympatyczna i pracowita, jednak przychodząc do mojego warsztatu, zupełnie nie miała pojęcia o teoretycznych zagadnieniach wykonywanej przez siebie pracy. Uświadomiło mi to, że o następców wcale nie będzie łatwo – ubolewa Mikuła.

Filmowcy nadal się do niego zgłaszają, jednak on nie chce współpracować z nimi za wszelką cenę. – Dawniej mnie to kręciło. Mogłem zaimponować innym, że ludzie ze świata kina interesują się tym co robię. Dziś współpracę z polskimi filmami odkładam na dalszą półkę. Mam inne zlecenia i to im w całości się poświęcam. Na pewno jednak niczego nie mogę wykluczyć… – mówi, po czym szybkim krokiem zmierza do swojej pracowni, w której na ścianach wiszą średniowieczne tarcze, na stole leży niezliczona ilość szabli, a dookoła aż roi się od rycerskich zbroi. To najlepszy dowód na to, że mieliśmy okazję poznać prawdziwego Mistrza…

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

Dodaj komentarz