20-letni tarnowianin Maciej Dreszer uznawany jest za jednego z najlepszych kierowców wyścigowych młodego pokolenia na świecie. Pierwsze sukcesy za kierownicą odnosił już w wieku 16 lat, nie mając jeszcze prawa jazdy! O młodym Polaku zrobiło się na tyle głośno, że ostatnio wspólne występy w jednej drużynie zaproponował mu sam… książę Holandii.

Maciej nie ukrywa, że od najmłodszych lat fascynowały go samochody. Będąc jeszcze dzieckiem nie liczyło się nic innego, jak zabawki z czterema kółkami. – Nie zawsze były to samochody wyścigowe. Równie wielką frajdę sprawiały mi koparki, traktory, a nawet śmieciary. Ważne, że miały cztery koła – śmieje się Maciek i dodaje, że początkowo jego rodzice dość sceptycznie podchodzili do ciągłej fascynacji samochodami. – Pamiętam, że chyba w wieku 6 lat dostałem od nich półprofesjonalnego gokarta. To na nim uczyłem się pierwszych manewrów, by już 4 lata później wsiąść do prawdziwego samochodu. Wchodzenia w zakręty, zmiany biegów i trzymania kierownicy uczyłem się na placu, który należał do firmy mojego ojca. Zdarzyło się nawet, że wsiadałem za kierownicę busa i w okresie zimy… driftowałem nim na asfalcie. Kiedy rodzice usłyszeli, że chcę związać swoje życie z samochodami wyścigowymi, nie byli zbyt zadowoleni. Obawiali się wypadków na torze i niebezpiecznych prędkości. Z czasem udało mi się ich jednak przekonać.
W 2012 roku w dniu, w którym Maciek ukończył 16 lat, zdał również egzamin na licencję kierowcy wyścigowego. Dzięki temu, mógł rywalizować za kierownicą z najlepszymi zawodnikami z kraju i na świecie. Pierwszy sezon w zawodach Kia Lotos Race ukończył na 12 pozycji w klasyfikacji generalnej. – To był naprawdę duży sukces. Nie dość, że nie miałem jeszcze prawa jazdy, to w przeciwieństwie do rywali, z którymi przyszło mi rywalizować na torze, nigdy podczas zawodów nie zasiadałem za kółkiem chociażby profesjonalnego gokarta, a co dopiero sportowego samochodu. Wszystko przyszło nagle, ale okazało się, że mam do tego dryg.
Jego talent szybko zauważyli przedstawiciele niemieckiego zespołu Dörr Motorsport ścigającego się m.in. w serii wyścigowej Veranstaltergemeinschaft Langstreckenpokal Nürburgring. Dzięki podpisanemu kontraktowi stał się najmłodszym kierowcą wyścigowym, który wystartował w jednym z najniebezpieczniejszych wyścigów świata na Nürburgring. W dniu debiutu miał zaledwie 18 lat i 2 dni. Aby tego było mało, już podczas drugich zawodów na tamtejszym torze okazał się najlepszym kierowcą pozostawiając w pokonanym polu znacznie bardziej utytułowanych rywali. – To było coś niesamowitego. Stałem się jednocześnie najmłodszym zawodnikiem w historii, który tego dokonał. W tym samym roku udało mi się wygrać całą klasyfikację generalną pucharu Toyoty GT86. Tor na którym zwyciężyłem, należy do najniebezpieczniejszych na świecie. Co roku dochodzi na nim do przynajmniej jednego śmiertelnego wypadku. Wiele osób pyta mnie, czy się boję. Strach zawsze jest obecny, ale trzeba go szybko wyeliminować, bo w przeciwnym razie trudno liczyć na końcowy sukces. Nigdy nie brałem udziału w poważniejszej kolizji, mimo że potrafię rozpędzić samochód do blisko 300 km/h. Zdarzyło się przekoziołkować autem, czy zostać uderzonym w bok samochodu przez przeciwnika, jednak zawsze wychodziłem z tego bez obrażeń.
Po ukończeniu osiemnastu lat, Maciej od razu ruszył na kurs prawa jazdy. Nie wyobrażał sobie sytuacji, w której profesjonalny kierowca nie może poruszać się za kółkiem na zwykłych ulicach. – Zdałem za pierwszym razem, jednak nie będę ukrywał, iż otrzymanie prawa jazdy, nawet dla kierowcy wyścigowego nie jest łatwą sprawą. Najgorzej jest z testami, ale i na ulicy można popełnić pewne błędy. Na egzamin przyszedłem w koszulce swojego zespołu. Ktoś może pomyśleć, że chciałem wywrzeć presję na egzaminatorach. Szczerze? Może i jest w tym ziarenko prawdy… – śmieje się kierowca z Tarnowa, który udziela się również przy wielu akcjach promujących bezpieczną jazdę i odpowiedzialne zachowanie za kierownicą. Niedawno wziął nawet udział w wydarzeniu organizowanym w Katowicach, na którym… ścigał się z tramwajem w ramach zorganizowanej przez śląską policję akcji, której celem było sprawdzenie czy w godzinach szczytu lepszym rozwiązaniem jest komunikacja miejska czy własny samochód. Ostatecznie Maciek dojechał na metę drugi przegrywając z kierowcą tramwaju o trzy minuty. – Uwielbiam tego typu akcje. Staram się przy ich okazji uczyć kierowców, jak bezpiecznie poruszać się drodze, na co zwrócić szczególną uwagę i jakich błędów nie popełniać. Swego czasu razem z miss polski na wózkach inwalidzkich przełamywaliśmy bariery udowadniając, że nawet osoba, która nie ma czucia w nogach, może wejść do samochodu wyścigowego i świetnie sobie w nim radzić.
W najbliższym czasie młody kierowca zamierza skupić się na przygotowaniach do nowego sezonu. Obecnie czeka na propozycję ze strony sponsorów, którzy zechcieliby go wspierać podczas kolejnych zmagań na torze. – Prawdopodobnie nadal będę jeździł w klasie GT4, chociaż moim skrytym marzeniem jest spróbowanie swoich sił w bolidzie LMP1 podczas 24- godzinnego wyścigu w Le Mans. W poprzednich latach brałem już udział w podobnych zawodach w Niemczech. Wysiłek fizyczny przy tego typu wyścigach jest ogromny. Można to porównać do biegu w maratonie. Wiele godzin za kółkiem może doszczętnie zmęczyć człowieka, który cały czas musi być skoncentrowanym na drodze. Brak snu nie doskwiera tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Adrenalina powoduje, że jesteśmy cały czas nakręceni. Dużo większym problemem są natomiast… grille rozpalane przez kibiców wokół trasy. Zapach smażonych kiełbasek, czy karkówki powoduje, że dopada nas głód, z którym ciężko sobie poradzić – śmieje się Maciek, który w ostatnim czasie otrzymał dość niespodziewaną i wyjątkową propozycję. – Zgłosił się do mnie książę Holandii, który zaproponował starty w jednym zespole. Na pewno jest to ciekawa oferta, nad którą warto się zastanowić. Występy w jednym teamie u boku księcia być może spowodują, że również i ja nim zostanę? Oczywiście tylko w kontekście sportowym, jako „tarnowski książę torów wyścigowych” – kończy z przymrużeniem oka.
Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.