Pochodzący z Szynwałdu ojciec Adam Mazur od 30 lat przebywa na misjach w Brazylii. Pomimo tego, że codziennie musi radzić sobie z temperaturą sięgającą ponad 40 stopni Celsjusza, brakiem wody, czy niebezpiecznymi sytuacjami na ulicach, nie zamierza wracać do Polski, ponieważ czuje, że to właśnie kraj Ameryki Południowej jest jego przeznaczeniem.

Ojciec Adam Mazur z Zakonu Redemptorystów w Tuchowie od zawsze marzył o misjach z dala od naszego kraju. Jego wujek, o. Franciszek Micek, który również jest misjonarzem, przez 10 lat odbywał posługę w Argentynie, a następnie ponad 40 lat w Brazylii. Ameryka Południowa wydawała się więc idealnym miejscem, aby udać się na misje. – Do Brazylii udałem się niemal natychmiast po święceniach kapłańskich, czyli ponad 30 lat temu. Była opcja, aby za cel swojej podróży wybrać również Argentynę oraz Boliwię, jednak mnie od początku pociągał „kraj kawy”. Dużo o tamtych rejonach opowiadał mi wujek, więc wiedziałem czego się spodziewać. Nie przeżyłem więc wielkiego szoku kulturowego, mimo że trafiłem do jednego z najbiedniejszych stanów w Brazylii – Bahia. Początki były jednak koszmarne. Wylądowałem na terenach typowo wiejskich. Są to rejony suche, gdzie przez osiem miesięcy w ogóle nie pada deszcz. W ciągu dnia temperatura znacznie przekracza 40 stopni Celsjusza, a wilgotność powietrza wynosi 20 proc. 30 lat temu trafiłem do zupełnie innego świata. W wielu miejscach nie było prądu. Ciężko było otrzymać wodę zdatną do picia. Dopiero kilka lat temu brazylijski rząd zdecydował się pomóc tutejszej ludności, budując specjalne zbiorniki na wodę deszczową o pojemności 20 tys. litrów. Dzięki nim przez okres, kiedy pada deszcz, a są to przeważnie cztery miesiące od listopada do marca, wody uzbiera się na tyle dużo, że musi wystarczyć na kolejne osiem miesięcy życia.
Ojciec Adam nie ukrywa, że na początku nie mógł przyzwyczaić się do mentalności Brazylijczyków. Stan Bahia zamieszkują przede wszystkim potomkowie niewolników, którzy… żyją z dnia na dzień. Nie przejmują się pracą, obowiązkami, rodziną, domem. W Salvadorze, gdzie misjonarz również pełni swoją posługę, życie toczy się głównie na ulicy. – Cierpią na tym przede wszystkim rodziny. W małych miejscowościach trudno jest o pracę i mężczyzna często wyjeżdża za kawałkiem chleba do większych miast, pozostawiając żonę i dzieci. Tam żyje przeważnie w slumsach, zarabia marne pieniądze, poznaje nową kobietę i dla niej zostawia dotychczasową rodzinę. W samym Salvadorze bywa również bardzo niebezpiecznie. Jeżeli w ciągu weekendu na ulicach zginie mniej niż 15 osób, można mówić o dużym sukcesie. Handel narkotykami, napady z bronią są tutaj na porządku dziennym. Do tej pory nie zdarzyło się, abym sam ucierpiał w takim zajściu, jednak swego czasu byłem o krok, aby zostać obrabowanym, a być może i zabitym. Jadąc jedną z ulic, grupa Brazylijczyków rozsypała na trasie kilkadziesiąt kamieni w taki sposób, aby zablokować mi przejazd. Pomimo tego, że uszkodziłem wówczas koło w samochodzie, udało mi się uciec i znaleźć schronienie na pobliskiej stacji benzynowej.
Na co dzień pochodzący z Szynwałdu redemptorysta stacjonuje w Sanktuarium Dobrego Jezusa z Groty Bom Jesus da Lapa. Sanktuarium mieści się w kilkunastu grotach zaadaptowanych dla potrzeb liturgicznych. Ponad 300 lat temu w jednej z grot zamieszkał portugalski złotnik Francisco Mendouza Mar, który wybierając życie pustelnicze, osiedlił się w tym malowniczym miejscu. Francisco przyniósł ze sobą i umieścił w grotach wizerunek Chrystusa Ukrzyżowanego i figurę Matki Bożej Samotnej. W regionie jako pierwszy rozpoczął ewangelizację wśród Indian. – Do 1974 r. w Lapie pracowali redemptoryści holenderscy, a następnie przekazali sanktuarium Dobrego Jezusa z Groty polskim redemptorystom. Najważniejszym wydarzeniem uroczystości w sanktuarium jest uroczysta procesja z cudownym wizerunkiem Dobrego Jezusa, która rusza ulicami miasta wśród niezliczonej liczby wiernych. Przez dziesiątki lat do tego miejsca zmierzają pielgrzymi z najdalszych zakątków Brazylii. Co roku w święcie bierze udział ponad 150 tys. osób. Czy brazylijskich katolików można w jakiś sposób porównać do polskich? Raczej nie. O ile praktycznie każdy Brazylijczyk twierdzi, że jest bardzo religijny, to ich wiara często jest bardzo płytka. Brakuje tutaj księży, czy zakonnic. Nikt nie naucza religii w szkołach. Nauka o Bogu trwa często maksymalnie dwa lata i to tuż przed przystąpieniem do pierwszej komunii. Brazylijczycy rozmawiają z Bogiem, jakby rozmawiali z drugim człowiekiem. Wynika to z tego, że są to przeważnie ludzie prości. Edukacja w tutejszych szkołach jest na bardzo niskim poziomie. Często bywa tak, że licealista nie potrafi dobrze pisać i czytać. Trzeba jednak przyznać, że tutejsi mieszkańcy są bardzo serdeczni i otwarci, o czym wiele razy się przekonałem – mówi ojciec Adam, wspominając wizyty w brazylijskich domach. – Kiedy udajemy się na misje do różnych zakątków Brazylii, wówczas mieszkamy z brazylijskimi rodzinami. Zawsze możemy liczyć na ich pomoc i wsparcie. Jedzenie też nie jest najgorsze. O ile w Polsce podstawą dobrego obiadu są ziemniaki, tak tutaj jest to ryż i fasola. Brazylijczycy jedzą również mnóstwo wołowiny. Zdarzyło mi się również próbować ich lokalnych przysmaków. Świetne jest mięso piranii. Podobnie jak mięso… pancernika, czy lamparta. Place lizać – śmieje się misjonarz.
Pytany o to, czy zamierza wrócić kiedyś do Polski na stałe, odpowiada, że nie ma na to szans. Twierdzi, że w Brazylii czuje się potrzebny i odnalazł tutaj swój nowy dom. – Często przyjeżdżam do Polski na 2-3 miesiące, jednak po kilku tygodniach chciałbym już wrócić do Ameryki Południowej. Zżyłem się z tymi ludźmi i wiem, że jestem im tutaj potrzebny. Ksiądz w Brazylii, przede wszystkim w mniejszych miejscowościach jest nie tylko kapłanem, ale również często psychologiem, a nawet lekarzem. Ludzie przychodzą do nas z różnymi sprawami, pytając jak zachować się w danej sytuacji, jak rozwiązać dany problem, czy jak poradzić sobie z chorobą. Opieka zdrowotna w Brazylii jest na bardzo słabym poziomie. Jeżeli nie masz wykupionego prywatnego ubezpieczenia, jesteś praktycznie zdany tylko na siebie. Wielu znajomych pyta mnie, czy zamieniłbym kontynent i udał się na misje np. do Afryki. Nie ukrywam, że długo myślałem nad tym, aby nauczać o Bogu w Mozambiku lub Angoli, jednak coraz trudniej byłoby mi zdecydować się na taki krok. 30 lat spędzone w Brazylii spowodowało, że przesiąknąłem tą kulturą. Wiele wskazuje na to, że zostanę tutaj aż do śmierci.
Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.