Ostatnio po raz kolejny zrobiło się o nich głośno za sprawą akcji ratunkowej, podczas której uratowali uwięzioną w studni staruszkę. Specjalistyczna Grupa Ratownictwa Wysokościowego, która działa przy jednostce OSP w Wojniczu, jest pierwszą w Małopolsce tego typu grupą, zbudowaną w całości na bazie OSP.
Wichury, staruszka w studni i wisielec…
W 2010 roku, na wniosek prezesa zarządu OSP Wojnicz, oraz przy akceptacji pomysłu przez komendanta miejskiego PSP w Tarnowie, zarząd OSP Wojnicz podjął decyzję o budowie SGRW Wojnicz. Od tamtej pory, jednostka uczestniczyła już w kilkunastu działaniach na terenie powiatu tarnowskiego oraz województwa małopolskiego. – Wydawać by się mogło, że tych akcji nie ma zbyt wiele, bo jest ich rocznie około czterech w powiecie i dziewięciu w województwie, jednak należy zwrócić uwagę na to, że każda z nich dotyczy bezpośredniego zagrożenia życia poszkodowanej osoby – mówi koordynator SGRW OSP Wojnicz, Sebastian Wróbel. – Ludzie zawsze zadają nam pytanie. Skoro tych wypadków jest tak niewiele, to czy jednostka ma rację bytu? Ja za każdym razem odpowiadam im to samo – a gdyby osobą poszkodowaną był ktoś z twojej rodziny?
Grupa ratownictwa wysokościowego wspomaga działania związane z ratownictwem medycznym, wodnym, czy chemicznym. Bierze udział przy gaszeniu pożarów, czy zabezpieczaniu dachów podczas wichury. Najważniejszym jej zadaniem są jednak przeprowadzane akcje na wysokościach. – W Tanowie i okolicach nie mamy zbyt wysokich budynków, więc tego typu akcje są naprawdę sporadyczne… Ale wysokość, to nie tylko to co znajduje się nad ziemią, ale również to, co znajduje się pod nią. Dlatego też, bierzemy udział w wielu akcjach ratowniczych, które odbywają się w studniach, sztolniach, czy piwnicach. Niejednokrotnie wzywani byliśmy do uwięzionych tam zwierząt, ale najtrudniejsze akcje zawsze dotyczą ratowania ludzi. Mieliśmy również sytuację, kiedy z drzewa ściągaliśmy człowieka, który się powiesił. Sami zastanawialiśmy się później, jak mógł tak wysoko wejść. Do zdjęcia jego ciała użyliśmy aż pięciu drabin. Ostatnia przeprowadzona przez nas akcja ratownicza, podczas której uratowaliśmy uwięzioną w studni 77- latkę, również należała do wyjątkowo trudnych i skomplikowanych.
Szkolenia i sprzęt we własnym zakresie
Obecnie do grupy należy dziewięciu wykwalifikowanych ratowników wysokościowych wyszkolonych na obiektach GOPR Krynica oraz Szkoły Aspirantów w Krakowie z oddziałem w Nowym Sączu. Jak sami zaznaczają, ich poziom wyszkolenia w niczym nie ustępuje strażakom, którzy zajmują się tym zawodowo. – To już nie te czasy, kiedy do OSP należeli rolnicy, którzy po skończonej pracy w polu, przychodzili na zebrania do remizy. Obecnie tego typu grupy tworzą ludzie wykształceni, którzy na co dzień są lekarzami, inżynierami, czy pracują w dużych korporacjach. Aby stać się ratownikiem wysokościowym należy ukończyć szkołę średnią i zdać maturę. Trzeba mieć również odpowiednie predyspozycje, takie jak brak lęku wysokości oraz przejść szkolenia z zakresu pierwszej pomocy, czy w ramach zachowań podczas ewentualnego zagrożenia zawaleniem się pomieszczenia, w którym dany ratownik przebywa – mówi Sebastian Wróbel, który dodaje, że praca ta wymaga wielkiego obciążenia psychicznego – Kiedy ratujesz poszkodowane dziecko, emocje zawsze odgrywają bardzo ważną rolę. Trzeba umieć nad nimi zapanować. Nie każdy to potrafi, więc nie każdy jest w stanie zasilić naszą jednostkę.
Ratownicy, którzy należą do SGRW w Wojniczu, w 80 proc. zakupują sprzęt z własnej kieszeni. Przeważnie środki pochodzą z pieniędzy, które otrzymują za działania ratownicze, które odbywają się kosztem utraconego czasu pracy. – Kiedy wyjeżdżamy na szkolenia, to we własnym zakresie musimy opłacić dojazd, czy zakwaterowanie. W Polsce organizowane są międzynarodowe ćwiczenia, na które jesteśmy zawsze zapraszani przez komendę główną PSP w Warszawie. Zjawiają się tam ratownicy z Ukrainy, Anglii, Niemiec, czy Danii. Na tle zagranicznych jednostek wypadamy na tyle dobrze, że swego czasu demonstrowaliśmy im, jak powinna wyglądać prawidłowa ewakuacja ludzi z kolejki linowej. W Europie nikt tego nie robi. A my to robimy… Chcielibyśmy otrzymać jakieś wsparcie, nawet nie tyle finansowe, co dotyczące łatwiejszej drogi do uzyskania odpowiedniego zaświadczenia o możliwości wykonywania zawodu przez osobę, która chciałaby nas zasilić. Koszty związane z przejściem konkretnych szkoleń są naprawdę duże i nie każdego na to stać.
Będą następcy
Grupa w dalszym ciągu chce się rozwijać. Rozważa chociażby zakupienie odpowiedniego psa, przeszkolonego w zakresie poszukiwań ludzi. Nie zwraca natomiast uwagi na wyróżnienia, czy ordery, ponieważ najważniejsze jest wdzięczność ludzi, którym udało się pomóc. – Kiedy z ust komendanta powiatowego słyszymy, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty, to jest to bez wątpienia spore wyróżnienie. Większą radość sprawia nam jednak widok uśmiechniętych ludzi, którym właśnie uratowaliśmy życie. Nie ma takiej nagrody, która mogłaby to zastąpić.
Sebastian Wróbel nie ukrywa również, że bardzo cieszy go zaangażowanie dzieci, które już dziś chciałyby ratować ludzkie życie. – W naszej jednostce jest ich już około 40. Organizujemy dla nich specjalne festyny, zawody strażackie, czy zabawy z linami, pokazując przy okazji sprzęt, jakim dysponujemy. Zabieramy je także na ściankę wspinaczkową do Krakowa. Bardzo cieszy mnie fakt, że młode osoby, tak bardzo garną się do pomocy innym ludziom. Już dziś sami organizują różne pokazy, czy kształcą innych rówieśników z prawidłowo przeprowadzonej pierwszej pomocy, podczas prezentacji w szkołach na terenie naszego powiatu. Wierzę, że już niedługo doczekamy się naszych następców.
Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.
„Rozważa chociażby zakupienie odpowiedniego psa, przeszkolonego w zakresie poszukiwań ludzi”
Życzę powodzenia, bo po autorze tekstu widać, że o zasadach poszukiwań nie ma pojęcia 🙂
Jakieś konkrety, a nie tylko „nie ma pojęcia”?