Jeszcze kilka lat temu mało kto wyobrażał sobie ważną rodzinną uroczystość bez wręczenia bukietu kwiatów solenizantowi, czy ukochanej osobie. Dziś coraz rzadziej naszym drugim połówkom kupujemy róże, zastępując je często biżuterią, czy czekoladkami. Większość właścicieli kwiaciarni załamuje ręce, bo z roku na rok coraz trudniej utrzymać się na rynku.

Z najnowszych danych wynika, że statystyczny Polak kupuje około 10 kwiatów rocznie. To dwa razy mniej niż jeszcze 25 lat temu. Co więcej, o ile w Europie średnio wydaje się na kwiaty blisko 100 euro, o tyle przeciętny Kowalski wydaje w kwiaciarni niecałe… 20 euro. To gigantyczna różnica, którą z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej odczuwają właściciele kwiaciarni, również tych tarnowskich.
Zofia Romańska z kwiaciarni „Romańscy” twierdzi, że na mniejszą liczbę sprzedanych kwiatów ma wpływ kilka czynników. – Po pierwsze obecni mężczyźni znacznie różnią się od tych, którzy dawniej zasypywali swoje kobiety kwiatami. Zamiast na bukiet róż, pieniądze wolą przeznaczyć na pudełko czekoladek, czy wspólne wyjście do kina. Uważam, że nie do końca zdają sobie sprawę z tego, że praktycznie każda kobieta uwielbia być obdarowywana kwiatami i odpowiednio przygotowany bukiet może uszczęśliwić ją zdecydowanie bardziej, niż nowa biżuteria. Dodatkowo zmuszeni jesteśmy konkurować z marketami, gdzie za znacznie mniejsze pieniądze można zakupić kwiaty. Klienci nie zwracają uwagi na to, że przeważnie są one dużo gorszej jakości, niż te, które czekają na nich w kwiaciarniach. Dla takich osób liczy się przede wszystkim cena. Negatywny wpływ na nasz biznes ma również giełda kwiatowa, która jest ogólnodostępna i zakupić na niej kwiaty mogą również klienci detaliczni.
Na giełdy kwiatowe narzeka mnóstwo właścicieli kwiaciarni, widząc w nich swojego największego wroga. Okazuje się bowiem, że na giełdzie, gdzie podmioty gospodarcze zaopatrują się hurtowo w pełnym asortymencie m.in.: w kwiaty cięte i doniczkowe, galanterię kwiaciarską, czy ozdoby okolicznościowe w tym wyroby z drewna i wikliny swoje miejsce odnaleźli również klienci detaliczni, którzy w niezliczonych ilościach dokonują zakupów za ceny kilkunastokrotnie niższe, niż w kwiaciarniach.
Janusz Gruszczyński prezes Tarnowskiej Spółdzielni Ogrodniczej organizującej giełdę kwiatową twierdzi, że ma w tym aspekcie związane ręce i chociaż po części rozumie kwiaciarzy, to nie potrafi im pomóc. – Giełda kwiatowa zgodnie z regulaminem jest miejscem sprzedaży hurtowej, ale każdy sprzedający ma podpisaną ze mną umowę mówiącą o tym, że prowadzi działalność we własnym interesie i na własną odpowiedzialność. Sprzedawcy doskonale wiedzą, że nie powinni sprzedawać swoich towarów klientom detalicznym, a jednak to czynią. Nie jestem osobą, która może zakazać im tego robić. Z jednej strony rozumiem właścicieli kwiaciarni, że w ten sposób mogą czuć się nieco oszukani, jednak z drugiej strony dziwię się kwotom, za które sami sprzedają kwiaty. Niektórzy z nich potrafią sprzedawać po cenach wyższych nawet o 300 proc. niż te, które są do nabycia na giełdach.
Ceny kwiatów rzeczywiście mogą odstraszać. Nadal najczęściej kupowanym kwiatem jest róża, ale tuż za nią dużym powodzeniem cieszą się goździki i margerytki. O ile za różę krótką, czyli taką do 40 cm, zapłacimy najczęściej 5-6 zł, to już te sięgające 70 cm wiążą się z wydatkiem nawet 30 zł. Goździk jest zdecydowanie tańszy. Bukiet z 15 sztuk to cena w okolicach 35-40 zł. Największą ilość klientów stanowią ci, którzy zamawiają bukiety, czy kosze na specjalne okazje. Kosze kupujemy skromne i tanie, bo na te składające się ze 100 róż, które kosztują od 600 do nawet 900 zł, nie ma zbyt wielu chętnych. Dodatkowo zamiast róż coraz chętniej zapatrujemy się na zakup margaretkowych bukietów, za które nie zapłacimy więcej, niż 100 zł.
Janina Wójtowicz z kwiaciarni „ArtDekor” działającej w centrum handlowym „Zenit” nie ukrywa, że kwiaciarniany biznes w naszym mieście przeżywa naprawdę trudne chwile. – Znam mnóstwo osób, które wiązały z tą branżą wielkie plany. Najpierw pobierały dotacje na rozpoczęcie działalności tylko po to, by po roku je… zamknąć. Okazywało się, że nie mają praktycznie w ogóle klientów, a na rynku utrzymują się jedynie te kwiaciarnie, które funkcjonują od lat i mają stałych nabywców. Aby rzeczywiście móc dobrze radzić sobie w tym biznesie, należy cały czas rozszerzać swoją działalność. Otwarcie kwiaciarni internetowej jest bez wątpienia jednym z takich kroków.
Dlatego Łucja Szepielak z kwiaciarni „Magnolia” już dawno zaprzestała jedynie tradycyjnej formy sprzedaży kwiatów, zastępując ją nowoczesnymi technikami. – Od jakiegoś czasu prowadzę kwiaciarnię internetową, dzięki której obsługuję klientów z Tranowa i regionu. Niewykluczone, że za jakiś czas jeszcze bardziej rozszerzę swoją działalność i moje kwiaty będę dostarczać w dalsze rejony kraju. Praca w kwiaciarni to ciężki kawałek chleba. Same kwiaty nie wystarczą. Klienci szukają różnych dodatków, więc i upominków nie może zabraknąć. Dodatkowo oferuję swoim klientom cały wachlarz usług kompleksowych, począwszy od wynajęcia samochodu na ślub, do udekorowania kościoła i sali. Obecnie ludzie są zabiegani i mają mało czasu. Zależy im, aby wszystkie formalności załatwić w jednym miejscu, dlatego rozszerzenie działalności jest wręcz koniecznością i szansą na utrzymanie się na rynku – mówi pani Łucja i dodaje. – Na pewno kwiaciarnie nie są tak opłacalnym biznesem, jak jeszcze 10-15 lat temu. Obecnie najlepszymi okresami są dla nas święta, popularne imieniny, czy wakacje, kiedy ślubów jest najwięcej. To wówczas trzeba próbować zarobić jak najwięcej, bo później przychodzą miesiące takie, jak styczeń, czy luty, kiedy klientów nie ma praktycznie wcale. Z racji tanich kwiatów w centrach handlowych jedyną szansą dla nas jest wysoka jakość obsługi, odpowiednia ekspozycja towaru i niespodzianki dla klientów. Tylko wtedy mamy szansę na sukces w tej branży.
Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.