Żelazkowa mania

Aby biała koszula dobrze prezentowała się podczas ważnej rodzinnej uroczystości najpierw należy odpowiednio ją przeprasować. Na rynku pojawiają się różne modele żelazek, których producenci nie mogą się nachwalić wszystkich dodatkowych opcji, jakie posiadają. Tarnowianin, Jerzy Wiśniewski od ponad 40 lat kolekcjonuje żelazka z różnych zakątków świata i o ile dla nas najważniejsza jest ich funkcjonalność, tak dla pana Jerzego liczy się przede wszystkim ich historia i metoda produkcji.

jerzy-wisniewski
Jerzy Wiśniewski z częścią swojej bogatej kolekcji

Już od najmłodszych lat tarnowianin miał w sobie żyłkę kolekcjonera. Na początku zbierał znaczki, jednak z czasem porzucił to zajęcie. – Miałem potężne dwa zbiory znaczków z kolekcji Kopernika i kosmosu. Z czasem jednak uznałem, że może warto skupić się na czymś innym. Wszyscy dookoła zbierali albo znaczki albo monety. Chciałem wyjść poza ten schemat. Od jednego z przyjaciół otrzymałem w prezencie dwa stare żelazka i w ten sposób znaczki odeszły na dalszy plan. Zacząłem jeździć po złomowiskach, czy targach, przede wszystkim do Krakowa, aby zakupić nowe egzemplarze. Kilka lat później pojawił się Internet, więc o kolejne żelazka było już zdecydowanie łatwiej – mówi pan Jerzy.

Obecnie kolekcjoner z Tarnowa posiada w swoich zbiorach ponad 800 egzemplarzy żelazek z różnych zakątków świata, m.in. z Francji, Czech, Niemiec, Japonii, Indii, USA, Rosji, Brazylii, czy Chin. Każde z nich produkowane było w oryginalny i niepowtarzalny sposób oraz posiada ciekawą historię. – W swojej kolekcji mam zarówno żelazka płaskie, które kładło się na piecu a następnie prasowało przez szmatę, żelazka naftowe, gazowe, węglowe, spirytusowe, pudełkowe, kominowe w kształcie smoków, do prasowania rękawów, czy koronek. Posiadam również kilka rodzajów piecyków do podgrzewania żelazek, a także żelazka żydowskie, na których widnieje Gwiazda Dawida.

Co warte podkreślenia, nie jest to tanie hobby. O ile jeszcze kilkanaście lat temu żelazka były traktowane, jako mało cenne przedmioty, tak dziś ich ceny są naprawdę wysokie. – Sam potrafiłem wydawać niemałe pieniądze na nietuzinkowe modele. Nie ukrywam, że nawet moja rodzina miała mi za złe, że pieniądze wydaję na złom. Dziś patrzą na to zupełnie inaczej. Widzą w tym inwestycję na przyszłość i dobrze ulokowany kapitał. Nie dawno widziałem na aukcji internetowej włoskie żelazko w kształcie statku, którego cena sięgała 6,5 tys. euro – mówi kolekcjoner i szybko dodaje – Jeżeli chodzi o mnie, bardzo często staram się jednak kupować żelazka po niskich cenach a następnie samodzielnie je odrestaurowywać. Mam do tego odpowiednią maszynę i narzędzia. Praca nad jednym egzemplarzem może potrwać nawet kilka dobrych godzin, jednak końcowy efekt jest naprawdę wart tak ciężkiego wysiłku.

WARTO PRZECZYTAĆ:   Mniej testów, większa zdawalność

Pan Jerzy pytany o to, co decyduje w głównej mierze o tym, czy dane żelazko jest cenne, czy też nie, mówi wprost – niepowtarzalność i technika wykonania. W swojej kolekcji posiada egzemplarze, które mają blisko 200 lat i potrafią ważyć nawet po 8 kg a mimo tego ich wartość jest znacznie mniejsza od tych, które były produkowane później, ale w pojedynczych egzemplarzach i metodą ręczną. – Mam tu na myśli chociażby żelazka żydowskie. Wiadomo z jaką historią się wiążą. Do głowy od razu przychodzi Holocaust. Kiedy biorę takie żelazko do ręki, zawsze myślę o tym, kto trzymał je wcześniej w dłoni, ilu pokoleniom służyło i jak ostatecznie trafiło do mnie. Wartość żelazka zależy od rzadkości jego występowania. Dla przykładu, aby czeladnik mógł zostać mistrzem, musiał najpierw wykonać ręcznie jedno żelazko szkockie, które skuwane było z blachy i poświęcano mu dużo więcej pracy, niż w przypadku odlewów. Tego typu egzemplarzy mam kilkanaście w swojej kolekcji i na pewno należą one do najcenniejszych.

„Żelazkoholik” z Tarnowa, jak lubi o sobie mówić pan Jerzy ma w planach w przeciągu najbliższego roku otworzyć muzeum poświęcone swoim zbiorom. Prawdopodobnie nie będzie to jednak Tarnów a inne miasto położone od niego w niedalekiej odległości. – Tarnów powoli wymiera. Turystów jest niewielu a moim marzeniem jest, aby zgromadzona przeze mnie kolekcja mogła być podziwiana przez wiele osób. Mam nadzieję, że już w ciągu najbliższego roku uda się otworzyć stałą wystawę w mieście, które położone jest kilkanaście kilometrów od Tarnowa. Nazwy nie chce jeszcze zdradzać, aby nie zapeszyć. Do tego momentu wciąż będę poszukiwał kolejnych żelazek. Mam również nadzieję, że od teraz tarnowianie przeszukując swoje piwnice i natrafiając w nich na wiekowe żelazka, będą spoglądać na nie, jako na możliwą dobrą inwestycję, a nie złom. Kto wie, być może ktoś z nich będzie chciał podzielić się swym łupem i poszerzyć moją kolekcję? – kończy z uśmiechem pan Jerzy.

WARTO PRZECZYTAĆ:   Julia w świecie gier

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

Dodaj komentarz