Argentyńska misja Karoliny

Pochodząca z Olszyn (gm. Rzepiennik Strzyżewski) Karolina Bąk od blisko 2 lat przebywa na misjach w argentyńskim Buenos Aires. Na co dzień 33-latka wraz z grupą czterech innych osób z wolontariatu misyjnego „Domy Serca” pomaga Argentyńczykom w różnych sprawach dnia codziennego, przede wszystkim starając się poprzez bezpośredni kontakt przywrócić im radość życia.

Z Rumunii do Argentyny
Karolina Bąk o tym, aby zostać świecką misjonarką, po raz pierwszy pomyślała, mając 13 lat. Wówczas w szkole, do której uczęszczała, pojawił się ksiądz, który jednocześnie był misjonarzem. Jego historie związane z pomocą bliźnim na różnych kontynentach sprawiły, że młoda dziewczyna zafascynowała się światem misji. Zaraz po skończonych studiach, Karolina pracowała jako przewodnik wycieczek po Beskidach, Pieninach, a także naszym regionie. Dopiero z czasem, kiedy usłyszała o wolontariacie misyjnym „Domy Serca”, postanowiła spróbować swoich sił jako misjonarka.

– „Domy Serca” znajdują się w miejscach wielkiego cierpienia: slumsach, biednych dzielnicach, miejscach ogromnej samotności na całym świecie. Dowiedziałam się, że wolontariusze prowadzą prosty styl życia, mieszkając wśród najbardziej opuszczonych. Zagłębiają się w życie dzielnicy, uczą się żyć jak jej mieszkańcy i działają dla ich dobra. Dodatkowo ich dom oraz obecność stają się schronieniem dla wielu osób. Stwierdziłam, że jest to coś dla mnie, bo od zawsze chciałam pomagać potrzebującym ludziom – mówi Karolina i dodaje – Po raz pierwszy na misje wyjechałam w wieku 27 lat. Na półtora roku trafiłam do Rumunii. Podczas tego czasu doświadczyłam, że największą radością jest dawać siebie innym, towarzyszyć tym, którzy są samotni, odrzuceni, cierpiący. Chociaż z początku Rumunia wydawała mi się krajem zbyt „bliskim” do wyjazdu na misję, to okazało się, że także w europejskim państwie takich osób nie brakuje. „Domy Serca” funkcjonują także w tak wysoko rozwiniętych i bogatych państwach, jak Włochy, czy Szwajcaria. Naszą misją jest być obecnym, nawiązywać relacje przyjaźni. A przyjaciół potrzebuje każdy. Po 1,5 roku spędzonym w Rumunii do Polski wróciłam szczęśliwa, weszłam z powrotem w tryb pracy i codzienności, jednak po pewnym czasie zapragnęłam wyjechać na misje jeszcze raz…

WARTO PRZECZYTAĆ:   Jakub Rutana - Z aparatem w las...

Tak też się stało, ponieważ w grudniu 2020 roku pochodząca z Olszyn świecka misjonarka trafiła do Argentyny, gdzie przebywa do dziś. Wraz z czworgiem innych wolontariuszy misyjnych z: Rumunii, USA, Szwajcarii oraz Argentyny zamieszkała w „Domu Serca” w Buenos Aires w dzielnicy Villa Jardin. – Argentyna przywitała mnie wielką otwartością i serdecznością jej mieszkańców. Od pierwszego dnia czułam się dobrze przyjęta. Sama kultura argentyńska, poprzez swoją historię, przypomina nieco kulturę europejską. W naszej dzielnicy mieszka wielu potomków migrantów z Europy Wschodniej, z takich krajów jak: Polska, Rosja czy Ukraina. Języka już nie znają, za to niektóre potrawy, jak na przykład pierogi, są znane w poszczególnych rodzinach. Tym co nieco zaskakuje, jest tryb życia Argentyńczyków. W lecie, z racji wysokich temperatur w ciągu dnia, prowadzą oni nocny tryb życia, starając się nacieszyć chłodem nocy, co z kolei rekompensują długim snem do południa. Ciekawostką jest również fakt, że kiedy w Argentynie pada deszcz to ludzie… nie wychodzą ze swoich domów. Nawet dzieci w taki dzień nie idą do szkoły. To naprawdę ciekawe zjawisko – śmieje się Karolina i dodaje, że w dzielnicy, w której zamieszkuje, zdarza się, że dochodzi do niebezpiecznych sytuacji. – Na szczęście do tej pory nie doświadczyłam tego na własnej skórze, ale staramy się nie wychodzić z domu z samego rana lub całkiem wieczorem. Często dochodzi tutaj do kradzieży, a bywają dni, kiedy słyszymy z oddali strzały z broni. Problemem tej dzielnicy, ale i całej Argentyny są narkotyki. Już 14-letni chłopcy zaczynają po nie sięgać, a aby mieć pieniądze na ich zakup, muszą kogoś okraść. Jednak dzięki temu, że nasz dom jest tutaj już od 26 lat, mieszkańcy dzielnicy nas znają, chronią nas i czuję się tu bezpiecznie.

Pomoc z dobrą kuchnią w tle
33-latka wraz z innymi wolontariuszami misyjnymi, z którymi zamieszkuje „Dom Serca” w Argentynie, prowadzi usystematyzowane życie. Każdego dnia, kilka godzin przeznaczają na wspólną modlitwę, mając do swojej dyspozycji znajdującą się w „Domu Serca” kaplicę z Najświętszym Sakramentem. Oprócz tego przygotowują wspólne posiłki, a przede wszystkim odwiedzają mieszkające w dzielnicy starsze i młodsze osoby, które wymagają pomocy. – Nie jesteśmy typowymi misjonarzami, którzy wyjeżdżają do jakiegoś kraju z konkretną misją, np. budową kościoła lub szkoły. Nasze funkcjonowanie w Argentynie polega na byciu obecnym dla tych, którzy potrzebują obecności. Naszym charyzmatem jest współczucie i pocieszenie. Przede wszystkim opiekujemy się ludźmi starszymi i schorowanymi. Staramy się odwiedzać ich każdego dnia, ponieważ bardzo często doskwiera im samotność, z którą trudno im sobie poradzić. Zdarza się, że pomagamy im także w codziennych pracach domowych, albo towarzyszymy w wizytach u lekarza. Nie jest to jednak nasz główny cel – po prostu chcemy mieć dla nich czas, czasem wysłuchać ich problemów a czasem razem się pośmiać. Raz w tygodniu odwiedzamy także dom dziecka, w którym pomagamy dzieciom w nauce oraz wspólnie odrabiamy zadania domowe.

WARTO PRZECZYTAĆ:   Będzie kasa, będzie hala

Karolina podkreśla, że Argentyńczycy są bardzo otwarci i przyjaźni. Wolontariusze misyjni zazwyczaj odwiedzając ich domy, nie zapowiadają swoich wizyt, a pomimo tego przyjmowani są z otwartymi rękoma i siadając przy stole, rozmawiają, pijąc wspólnie „mate”. – Yerba mate to ważny element kultury argentyńskiej. To napój, który powstaje z wysuszonych i zmielonych liści ostokrzewu paragwajskiego. Piję się go w kubku, który nazywa się również „mate” przez słomkę nazywaną „bombilla”. Dolewając po trochu gorącej wody, dzieli się nią z innymi. Uwielbiam pić „mate”, zresztą uważam, że cała kuchnia argentyńska jest bardzo dobra. Przypomina trochę kuchnię włoską przez wiele potraw związanych z makaronem czy pizzę. Mamy tu również „empanady”, czyli danie przypominające pierogi, trochę większe i nadziewane głównie mięsem, pieczone w piekarniku lub smażone na głębokim tłuszczu. Niezastąpiona jest również argentyńska wołowina, głównie „asado”, czyli przyrządzana na grillu – mówi Karolina Bąk i dodaje, że po blisko dwóch latach spędzonych w tym kraju, czuje się, jak w domu. – Dobrze opanowałam język hiszpański. Nie mam większych problemów z komunikacją. Czasami nawet łapię się na tym, że myślę po hiszpańsku, a nie po polsku. Znam większość ludzi mieszkających w dzielnicy Villa Jardin. Traktuję ich wszystkich, jak swoją rodzinę – zresztą nazywamy siebie „przyjaciółmi”. Odwiedzamy się bez zapowiedzi, przytulamy na ulicach, jest w tym wszystkim wiele serdeczności. Często do naszego okna podchodzą dzieci, prosząc o kubek wody lub po prostu chcąc nas pozdrowić czy powiedzieć smacznego, kiedy jesteśmy w trakcie posiłku. Dzieci uwielbiają pomagać nam w gotowaniu. Pięknym momentem jest, kiedy przychodzą, aby się z nami modlić. Zostają z nami w kaplicy na adoracji lub przychodzą na różaniec i modlą się za swoje rodziny. Warto podkreślić, że w „Domu Serca” nie mamy telewizora ani też radia. Jesteśmy praktycznie odcięci od informacji ze świata. Posiadamy tylko jeden smartfon na całą grupę, gdzie od czasu do czasu możemy przeczytać wiadomości w sieci. Wydaje mi się jednak, że jest to bardzo dobre rozwiązanie. Zamiast skupiać się na rzeczach, które nie do końca nas dotyczą, swoją uwagę skupiamy wyłącznie na pomocy innym ludziom oraz modlitwie. To zupełnie inne życie, niż codzienne funkcjonowanie w świecie telewizji, smartfonów, czyli wszechobecnej informacji.

WARTO PRZECZYTAĆ:   O. Pacyfik Iwaszko: Uzdrawiam dzięki działaniu Boga

Poczuć powołanie
33-latka nie ukrywa, że jej rodzice, chociaż bardzo ją wspierają, to także bardzo za nią tęsknią i niejednokrotnie wspominali, że chcieliby, aby ponownie zamieszkała na stałe w Polsce. Pochodząca z Olszyn świecka misjonarka na razie nie myśli jednak o powrocie do kraju, ponieważ w misjach czuje powołanie. – Staram się przynajmniej raz w tygodniu rozmawiać z moimi rodzicami przez telefon. Przeważnie odbywa się to w dzień wolny, a taki przysługuje nam raz w trakcie tygodnia. Moi najbliżsi doskonale zdają sobie sprawę z tego, że robię to, co kocham i na każdym kroku mnie wspierają. Podczas takich misji, jako wolontariusze nauczyliśmy się patrzeć na rzeczywistość w nowy sposób. Nauczyliśmy się spojrzenia, które w centrum wszystkiego stawia człowieka. Wyjeżdżając na misje, sądziłam, że to ja będę dawać coś od siebie innym ludziom. Dziś wydaje mi się, że zdecydowanie więcej od takich osób otrzymałam, a jest to: uśmiech, wdzięczność, serdeczność, przyjaźń… W misjach znalazłam sens swojego życia i nie zamierzam z nich rezygnować. Widocznie Bóg wybrał dla mnie właśnie taką drogę… – kończy z uśmiechem Karolina.

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl

*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

Comments are closed, but trackbacks and pingbacks are open.