W zawodzie dziennikarza pracuję już 17 lat i nadal nie mogę nadziwić się pewnej tendencji… Na swojej drodze zawodowej napotykam na mnóstwo ludzi, którzy wygrywają różnego rodzaju programy telewizyjne, konkursy ogólnopolskie, zawody sportowe. Spotykam ludzi, którzy osiągają sukces w danej dziedzinie i przez moment znajdują się na ustach wszystkich.
Wówczas dzwonię do takiej osoby, proszę o rozmowę, wywiad. Zdecydowana większość z tych osób jest życzliwa, pozytywnie nastawiona i pokorna, nawet pomimo osiągniętego sukcesu.
Niestety…
Nie brakuje jednak i takich osób, które zaczynają z wyższością spoglądać na innych, woda sodowa uderza im do głowy i stają się panami i paniami tego świata.
Dlaczego o tym piszę? Ponieważ w zdecydowanej większości przypadków po tych osobach… ślad już zaginął. Nie słychać o nich w przestrzeni medialnej, nikt nie mówi o osiągniętym przez nich sukcesie, który miał miejsce 5-6 lat temu. Byli jak meteoryt. Pojawili się i zniknęli. Czy jednym z powodów był brak pokory i spojrzenie na siebie, jak na „pępek świata”? Niewykluczone, że mogło tak być.
Dlaczego o tym dzisiaj piszę? Dlatego, aby uświadomić Wam wszystkim, że wejście na szczyt często bywa bardzo łatwe. Nie zawsze wystarczy do tego talent. Czasem wystarcza do tego zwykłe szczęście. Zdecydowanie trudniej utrzymać się na tym szczycie przez kilka kolejnych lat. Wówczas trzeba trzymać odpowiedni poziom. Trzeba coś sobą reprezentować. Trzeba coś tworzyć, aby gromadzić kolejne grupy odbiorców.
Doceniajmy każdy nasz sukces. Cieszmy się z niego, ale pod żadnym pozorem nie przesadzajmy z nadmierną radością. To prosta droga do samouwielbienia, które szybko przerodzi się w nasz upadek.
Traktujmy inne osoby w taki sposób, jakby były one na naszym poziomie – bez względu na to, czy ta osoba jest na poziomie od nas wyższym, czy niższym. Wszystkich traktujmy jednakową miarą, jaką sami chcielibyśmy być traktowani. Tylko wtedy utrzymamy się na poziomie, który nierzadko w takich sytuacjach będzie naszym szczytem.