Agata Marcinek – kobieta w „koronie”

Za oknem śnieg, w kominku palące się drewienka, a na bujanym fotelu babcia z kłębkiem nici i szydełkiem w ręku. Wielu z nas do dziś ma przed oczyma właśnie taki obraz dzieciństwa. Agata Marcinek z Lubczy szydełkuje po dzień dzisiejszy, a jej prace cieszą się zainteresowaniem nie tylko polskich, ale również zagranicznych fanów koronkowej sztuki.

Agata Marcinek1
Agata Marcinek ze swoimi pracami

Jak sama mówi szydełkowanie w jej rodzinie jest obecne od pokoleń. – To rodzinna tradycja. Zaczęło się od babci, potem była ciocia. Szyły, pracowały z szydełkiem i haftowały… Ciotka haftowała nawet ornaty i stuły dla księży. Ja również już od dzieciństwa miałam pociąg do ręcznych robótek. W podstawówce uczyłam się szyć na szydełku i drutach. Następnie rozpoczęłam naukę w Zasadniczej Szkole Zawodowej o kierunku: tkactwo artystyczne w Rakszawie koło Łańcuta, by po jej ukończeniu rozpocząć pracę, jako tkacz ręczny w Cepelii Wyspiańskiego w Krakowie – filia w Tarnowie.

Latami tkała na krośnie, czyli urządzeniu do produkcji tkanin. Pracowała zarówno na krośnie mechanicznym, jak i ręcznym. Z czasem postanowiła jednak porzucić pierwotne zajęcie i w całości oddać się koronkarstwu. – Pamiętam dzień, w którym usiadłam na krześle, wzięłam do ręki wzór i postanowiłam stworzyć swoją pierwszą serwetkę. Była niewielka, a i tak praca nad nią zajęła mi blisko cztery godziny. Siedziałam nad nią do drugiej w nocy, ale sprawiało mi to tak wielką frajdę, że dziś jestem zapaloną koronczarką. Szydełkuję w kuchni przy okapie, w pokoju, w przedpokoju, a nawet… w łazience. Dawniej zamykałam się w niej przed wszystkimi i niemal przez pół nocy potrafiłam oddawać się swojej pasji. Mąż był naprawdę wściekły – śmieje się pani Agata.

W jej domu roi się od ręcznych robótek. Nie brakuje serwetek, bieżników, obrusów, ale także trójwymiarowych form, które przybierają kształty aniołków, kurek i kogucików, jaj wielkanocnych, czy kieliszków do jajek. W życie wprowadziła też swój autorski pomysł w postaci koronek na koszyki, które cieszą się wielkim zainteresowaniem na pokazach i festiwalach, w których bierze udział. – Ze swoimi pracami zadebiutowałam ponad 10 lat temu w ryglickim GOK-u. Później zaczęły spływać kolejne zaproszenia, a także sama zaczęłam jeździć ze swoimi „robótkami” wystawiając je w tarnowskim Gemini Parku, w Wygiełzowie, gdzie zjawiają się twórcy rzemiosła ludowego z różnych części kraju, czy na „Krakowskim Jarmarku Bożonarodzeniowym”. Szczególny zaszczyt spotkał mnie z końcem ubiegłego roku kiedy to, jako jedyna koronczarka z Małopolski otrzymałam zaproszenie z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego w Krakowie, do wzięcia udziału w „Dożynkach Prezydenckich”, które odbyły się w Spale. Tego typu wyróżnienia sprawiają, że człowiek czuje się doceniony i jego praca wraz z poświęceniem nie idą na marne.

WARTO PRZECZYTAĆ:   Ryglice: Inwestorzy niemile widziani?

Do tworzenia swoich dzieł potrzebuje trzech narzędzi: nici, szydełka oraz… dziesięciu placów w dłoniach. Uważa, że szydełkować może każdy. Wystarczy tylko odrobina chęci, opanowania i wytrwałości. Ważne jest dobranie odpowiedniego materiału. Innej nici użyjemy do stworzenia serwetki, a innej do uszycia szalika. Istotną rolę odgrywa również wybór właściwego szydełka. Najlepsze są te wykonane w całości z metalu, mocnego akrylu, bądź drewna. Nie może być ani za długie, ani za krótkie. Nie może również ograniczać ruchów, ani wbijać się w dłoń. – Ludzie nie do końca zdają sobie sprawę ile to wszystko kosztuje pracy i wysiłku, a zarobek z tego jest naprawdę marny. O utrzymaniu się z koronkarstwa nie ma nawet mowy. A szkoda, bo jeżeli ktoś „siedzi w temacie”, to wie, że ręcznie wykonane prace potrafią przetrwać nawet kilka pokoleń. Chińczycy posiadają maszyny, dzięki którym są w stanie stworzyć kilkaset takich samych wzorów. Jednak biorąc ich prace do ręki, gołym okiem widać, że są zdecydowanie gorszej jakości, niż te wykonywane w domowym zaciszu, gdzie każdy egzemplarz jest jedynym w swoim rodzaju.

Właśnie dzięki unikatowym walorom swoich prac zawdzięcza to, że cieszą się popularnością nie tylko na regionalnym podwórku, ale również w innych miastach Polski, jak i zagranicą. – Nie tak dawno skontaktowała się ze mną projektantka sukien ślubnych z Gdańska. Była tak zachwycona moimi dziełami, że zapragnęła, abym zrobiła koronki do jednej z jej sukien. Przyjechała do mnie osobiście i wybraliśmy najbardziej odpowiedni wzór. Za niedługo odbędą się targi ślubne, na których ma być prezentowana. Było mi dane już ją zobaczyć i muszę stwierdzić, że robi naprawdę duże wrażenie. Wiele moich prac znajduje się również poza granicami kraju. W posiadaniu serwetek, obrusów, czy koronkowych figur są obywatele Kanady, Stanów Zjednoczonych, Irlandii, Niemiec, Norwegii, czy Szwecji. Mam na tyle dobrą „markę”, że ludzie polecają mnie sobie nawzajem i zgłaszają się do mnie z prośbą o wykonanie konkretnego wzoru. Cieszy mnie również fakt, że moja córka stara się podzielać moją pasję i nie obce są jej nić i szydełko. Jestem blisko wychowania następczyni, która w kolejnych latach będzie kontynuować nasze rodzinne tradycje…

WARTO PRZECZYTAĆ:   Marcin Kikut: Bakero? Świetny człowiek, średni trener

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

3 komentarze

Dodaj komentarz