Czy arbuz, melon, albo papaja oprócz walorów smakowych mogą zawierać w sobie walory artystyczne? Okazuje się, że tak. Anna Bujak od siedmiu lat zajmuje się carvingiem, czyli sztuką rzeźbienia w owocach i warzywach. Tak przygotowane „rzeźby” trafiają później na stoły podczas przeróżnych imprez zarówno firmowych, jak i rodzinnych, takich jak: chrzciny, wesela, czy urodziny.

Sztuka carvingu wywodzi się z Tajlandii, gdzie tworzenie form z owoców i warzyw uczyniono narodowym dziedzictwem, a dziś kultywuje się ją w sposób masowy. Pani Ania miłością do carvingu zapałała przez przypadek. – Faktem jest, że od zawsze kochałam dekorować jedzenie. Jeszcze będąc uczennicą podczas jednych zajęć, tak udekorowałam sałatkę mojej koleżance, że okazała się najlepsza! Wychodzę z założenia, że człowiek najpierw je oczami, a dopiero później ustami. Siedem lat temu przeglądając strony internetowe natrafiłam na zdjęcie twarzy kobiety wyrzeźbionej w arbuzie. Od razu zafascynowałam się tą sztuką. Zaczęłam szukać informacji co to jest, jak się nazywa… Szperałam w Internecie i zakupiłam na ten temat mnóstwo książek. Dopiero po trzech latach pomyślałam, że może warto samemu spróbować rzeźbienia w owocach i warzywach?
Na początku swojej przygody z „owocowymi rzeźbami” mieszkająca w Szczepanowie artystka zmuszona była zainwestować pieniądze w niezbędny do carvingu sprzęt. – Jednorazowo wydałam na niego 350 zł. W pakiecie znajdował się m.in. nóż tajski, nóż syjamski oraz wiele przeróżnych dłut. Nie uczęszczałam na żadne kursy. Postanowiłam, że nauczę się tego sama z książek i z filmów instruktażowych w Internecie. Na początku ćwiczyłam głównie na arbuzach. Musiałam wypracować technikę cięć, aby wiedzieć, jak głęboko wbić nóż, aby przebić się do odpowiedniej warstwy. Wiele osób pyta mnie, jak dużo arbuzów poszło w początkowej fazie mojej nauki na straty. Zawsze odpowiadam, że ani jeden, ponieważ te, które w jakiś sposób uszkodziłam, po prostu zjadałam – śmieje się pani Ania, która nie ukrywa, że carving jest sztuką, która wymaga twórczego podejścia, a także cierpliwości. Może ją jednak uprawiać każdy, kto czuje w sobie chęć tworzenia. – Jestem samoukiem, więc lepszego przykładu niż ja sama po prostu nie ma. Przy odrobinie samozaparcia, cierpliwości oraz systematyczności można już w niedługim czasie osiągnąć naprawdę zaskakujące rezultaty. Można również zapisać się na kurs carvingu i ukończy szkolenie I, II oraz III stopnia. Cena za tego typu szkolenie nie należy jednak do najniższych i trzeba liczyć się z wydatkiem od 800 do nawet 1500 zł.
Pani Ania swoje pierwsze prace wystawiała w jednym z pensjonatów w Zakopanem, gdzie pracowała na recepcji. Z czasem brała również udział w różnego rodzaju konkursach, gdzie rywalizowała m.in. z mistrzami Polski i mistrzami Europy w tej dziedzinie. – Ich poziom jest już naprawdę bardzo wysoki. Samej również udawało mi się wygrywać poszczególne konkursy, jak chociażby ogólnopolski konkurs organizowany przez firmę Zelmer, w którym za zwycięstwo otrzymałam… rower o wartości 3 tys. zł. Na co dzień jednak osoby, które zajmują się carvingiem przede wszystkim skupiają się na zamówieniach, które spływają z firm organizujących bankiety, a także osób prywatnych, które chciałyby umieścić taką rzeźbę na stole podczas komunii, urodzin, wesela, czy chrzcin. Sama rzeźbię w arbuzach, melonach, marchewkach, białych rzodkiewkach, a nawet w truskawkach. W tym ostatnim przypadku trzeba być bardzo ostrożnym przy pracy, ponieważ truskawki są bardzo miękkie, więc o zepsucie pracy jest naprawdę łatwo. Ludzie zamawiając tego typu rzeźby najczęściej stawiają na wzory kwiatowo-geometryczne, ale są też osoby chcące uwiecznić na owocu logo firmy, imię osoby, a nawet jej twarz. Do liter, czy projektów graficznych stosuje się wcześniej wycięte wzory, które przykłada się do owocu, a następnie nacina, aby uzyskać ich zarys. Warto więc zwrócić uwagę na kształt owocu, czy warzywa, na którym będziemy pracować. Kiedy pojawiam się w sklepie i biorę do ręki arbuza, obracam nim na wszystkie strony, pukam w niego palcem, wymieniam na inny. Kasjerki spoglądają na mnie z wielkim zdziwieniem, a ja po prostu szukam najlepszego do danego projektu.
Praca przy jednej „rzeźbie” w arbuzie potrafi zająć nawet 4 godziny, po których ból rąk i pleców, a także oczu, daje mocno w kość. Przy zamówieniach należy pamiętać o tym, aby nie zabierać się za nie nie wcześniej, niż dwa dni przed uroczystością, na której ma się pojawić. Wszystko przez to, że owoc po kilku dniach po prostu zgnije. – Znam twórców, którzy swoje dzieła wyceniają nawet na 300 zł. U mnie ceny są trzy razy niższe. Ogólnie przyjmuje się, że dekoracji nie powinno się jeść, a stworzone w ten sposób „rzeźby” mimo że są jadalne, to pełnią właśnie rolę dekoracji. W Polsce bardzo często ludzie nie zwracają jednak na to uwagi i wyrzeźbione arbuzy, czy melony i tak ostatecznie lądują na talerzu. Z drugiej strony, jeżeli i tak po pewnym czasie miałyby zgnić, to po co mają się marnować… Dlatego też wiele swoich prac fotografuję i umieszczam na swojej stronie internetowej zatytułowanej „CarvingAnn”, aby mieć pamiątkę z wykonanej przeze mnie pracy.
Już w sierpniu pani Ania weźmie udział w warsztatach, które poprowadzi dla dzieci w Szynwałdzie. – Zostałam zaproszona przez tamtejszą bibliotekę. Razem z dziećmi będziemy uczyć się rzeźbić w owocach i warzywach. Często odzywają się do mnie osoby z całej Małopolski, aby zorganizować dla danej grupy osób, jakiś pokaz. Okazuje się, że carvingiem zajmuje się bardzo wąska grupa osób. Szkoda, bo jest to naprawdę wspaniałe zajęcie, a przez tego typu warsztaty można zarazić nim inne osoby.
Największym marzeniem artystki jest jednak podróż do Tajlandii, gdzie z bliska chciałaby przyjrzeć się „owocowej sztuce”. – Carving jest obecny nawet na tamtejszych ulicach, gdzie pokazuje się przechodniom poszczególne etapy powstawania owocowych dzieł. Jest to ich tradycja narodowa, a w poszczególnych miastach istnieją nawet szkoły kształcące uczniów w tym kierunku. Być może po takiej podróży w mojej głowie urodziłyby się kolejne pomysły, które realizowałabym już na własnym podwórku?
Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI