Czasami warto spaść na dno

Okres wakacji sprzyja spełnianiu swoich marzeń i realizacji samego siebie. W związku z zagranicznym wyjazdem jedni chcą perfekcyjnie opanować dany język, inni zapisują się na kurs fotografii i zakupują drogi sprzęt, aby uwiecznić na zdjęciach każdą chwilę swojego wypoczynku. Są też tacy, którzy oddają się bez reszty nurkowaniu, a w tarnowskim Centrum Nurkowym „Jantar” doskonale wiedzą, jak szybko i bezpiecznie nauczyć przysłowiowego „opadania na dno”.

jantar3
Centrum Nurkowe „Jantar”

Zabawa w nurkowanie w Centrum Nurkowym „Jantar” zaczyna się niewinnie, bo od pierwszych płytkich zanurzeń z butlą oraz teorii, której jest naprawdę sporo do opanowania, jak chociażby zaznajomienie się z tabelami dekompresyjnymi, od których niejednokrotnie zależy życie przyszłego płetwonurka. – Wiedza teoretyczna jest w tej branży bardzo istotna. Przyszły płetwonurek musi wiedzieć m.in. że aby nie dopuścić do gwałtownego wydzielania azotu w tkankach, jego wynurzenie z wody musi przebiegać z określoną prędkością. W warunkach wysokiego nasycenia azotem w wyniku długich i głębokich nurkowań należy co jakiś czas przerywać wynurzanie się na powierzchnię wykonując tzw. przystanek dekompresyjny, podczas którego szkodliwy dla organizmu nadmiar azotu zostanie wydzielony – mówi Marian Kuta, który od kilkunastu lat jest instruktorem nurkowania w tarnowskim Centrum Nurkowym „Jantar”. – Azot w ludzkim organizmie zachowuje się, jak nagle otwarty szampan. Wybucha, przez co następuje rozerwanie tkanek. Nie ma wtedy dla nas żadnego ratunku. Zdarzyło się, że sam byłem zmuszony ratować z takich tarapatów jednego z płetwonurków. W jego przypadku po wydostaniu się na powierzchnię, wystarczyło kilka godzin spędzonych w komorze dekompresyjnej, aby mógł dojść do siebie. Mój syn, który również szkolił się w naszym centrum podczas jednej z nurkowych eskapad zmuszony był ruszyć w pogoń za kobietą, której kamizelka nie nabrała powietrza. Dopadł ją dopiero na głębokości 60 metrów! Jednak historii, które ostatecznie nie kończyły się „happy endem” jest naprawdę sporo.

WARTO PRZECZYTAĆ:   Rzepiennik Strzyżewski: Odpust Parafialny w Parafii pw. Wniebowzięcia NMP w Rzepienniku Biskupim (ZDJĘCIA)

Warto zwrócić uwagę, że w przeciwieństwie do wielu innych wakacyjnych atrakcji, do nurkowania należy mieć specjalne predyspozycje. Nie każdy może na kilka dobrych mimut zanurzyć się pod powierzchnią wody. Przed rozpoczęciem kursu należy wykonać podstawowe badania laboratoryjne. Oprócz tego należy przejść m.in. badanie EKG, a także prześwietlenie klatki piersiowej. Płetwonurkiem nie zostanie osoba, która ma nadciśnienie tętnicze, cukrzycę, astmę, czy inne choroby układu oddechowego oraz krwionośnego. – Jeżeli ma się styczność z wodą, należy być również zdrów, jak ryba. Niektórzy uważają, że aby stać się płetwonurkiem, należy dobrze pływać, a nie do końca jest to zgodne z prawdą. Dużo ważniejsze jest trzeźwe myślenie, radzenie sobie z ewentualnymi zagrożeniami i… brak klaustrofobii, ponieważ pod wodą możemy poczuć się, jak w ciasnym pomieszczeniu, a równomierny oddech odgrywa w tej zabawie niebagatelną rolę.

Zajęcia prowadzone przez instruktorów Centrum Nurkowego „Jantar” odbywają się na basenie w Dąbrowie Tarnowskiej. Tam przyszli płetwonurkowie uczą się podstaw zanurzania w wodzie, a także zaliczają pierwsze kursy. – Szkolimy ludzi zarówno pod względem nurkowania rekreacyjnego, jak i przygotowania do pełnienia profesjonalnej służby. Na czas ćwiczeń mamy do dyspozycji swój sprzęt. Jeżeli ktoś ma ochotę korzystać z własnego również ma do tego prawo. Należy jednak pamiętać, że nie jest to tania rozrywka. Aby rozpocząć swoją przygodę z nurkowaniem należy zakupić maskę, fajkę, płetwy, głębokościomierz, czasomierz pobytu pod wodą, skafander, aparat do nurkowania oraz kamizelkę. Całkowity koszt wyposażenia płetwonurka wyniesie ponad 10 tys. zł. Ceny kursów również są różne. Wszystko uzależnione jest od jego rodzaju. Standardowe osiągają cenę tysiąca złotych i można je ukończyć już w ciągu miesiąca. Wiąże się to ze zdaniem egzaminu teoretycznego, jak również zaliczeniem 10 nurkowań na daną głębokość, która w zależności od kursu może wynieść 5, 10, 12 lub nawet 20 metrów.

WARTO PRZECZYTAĆ:   Wojnicz. Policja wychodzi na ulice

W okresie wakacyjnym kursanci biorą również udział w ćwiczeniach na akwenach wodnych. Najczęściej na jeziorach w okolicach Radłowa, czy w Zakrzówku, około 5 km. od Wawelu. – Wtedy można poczuć prawdziwą moc i radość z nurkowania. Najtrudniejszym zadaniem dla kursanta jest przełamanie bariery głębokościowej. Są osoby, które zanurzą się na głębokość 5 metrów i boją się zejść jeszcze niżej. Zanurzenie odbywa się za pomocą kamizelki, z której wypuszczamy nieco powietrza, aby zacząć opadać na dno akwenu wodnego. Trzeba robić to bardzo ostrożnie, mając na uwadze, iż na naszych plecach dźwigamy blisko 11 kg butlę z tlenem – mówi pan Marian, którego rekord zanurzenia w wodzie wynosi 40 metrów. – Znam osoby, które zanurzały się na 180, a nawet 200 metrów. Na Morzu Adriatyckim co jakiś czas rozgrywane są zawody w nurkowaniu bezdechowym, gdzie osiągane są właśnie takie głębokości. Z opowieści tych osób słyszałem, że już na głębokości 100 metrów… nie ma co robić. Słyszy się tylko bicie własnego serca, a dookoła ogarnia nas przeraźliwa ciemność.

Grupa instruktorów i kursantów z Centrum Nurkowego „Jantar”, co jakiś czas organizuje również zagraniczne wypady na poznanie wodnych zakątków w różnych częściach świata. – Byliśmy już w Egipcie, USA, czy w Chorwacji. Jeżeli zbierze się grupa osób chcąca zasmakować tego typu rozrywki, to wsiadamy w samolot i lecimy. Są to niezapomniane przygody. Basen, a morze, to dwa zupełnie inne światy. Morze jest nieokiełznane, dzikie, skrywające wiele tajemnic, ale i niesamowicie piękne. Kto choć raz zanurzy się na kilka dobrych metrów, ten będzie pragnął zrobić to po raz kolejny. Skrywająca się tam roślinność, wiele gatunków ryb, to coś czego nie da opisać się samymi słowami, czy nagranym filmem wideo. Dlatego warto niejednokrotnie spaść na dno, aby samemu tego doświadczyć…

WARTO PRZECZYTAĆ:   Ks. Jacek Gniadek w Afryce, czyli jak nauczać o Bogu i... biznesie

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

Dodaj komentarz