Franciszek Zarychta jest najstarszym mieszkańcem Szerzyn i jednocześnie jednym z najstarszych żyjących Polaków. Mimo swoich blisko 107 lat na karku, wciąż utrzymuje dobrą kondycję fizyczną, a przede wszystkim psychiczną, co rusz wspominając na temat czasów I wojny światowej, a także okresu, kiedy to chodził do szkoły.

PRAPRABABCIA OTRZYMAŁA OBIETNICĘ OD SAMEJ ŚMIERCI
Panem Franciszkiem opiekuje się dziś jego córka – Władysława Sarot, która ojca nie odstępuje na krok. Mieszkają sami w jednorodzinnym domu, a czas płynie u nich bardzo powoli. – Kiedy byłam małą dziewczynką, w życiu bym nie przypuszczała, że będąc już staruszką, nadal na świecie będę mieć swojego ojca. Takie historie nie zdarzają się zbyt często zwłaszcza, że rodzice mojego taty umarli stosunkowo młodo – śmieje się pani Władysława. Pan Franciszek pytany o to, jaką receptę ma na długowieczność, tylko uśmiecha się pod nosem – Leku nie ma żadnego. Być może jednak odziedziczyłem to po swojej praprababci. Kiedy byłem mały, słyszałem historię, że pewnego dnia, kiedy była młodą kobietą i rozpętała się burza, chciała szybko uciekać do domu. Nad rzeką zobaczyła kobietę ubraną w długą białą suknię, która szukała mostu, aby przedostać się na drugą stronę. Moja praprababcia nie zastanawiając się długo, wzięła ją na plecy i przeniosła na drugi brzeg rzeki. Kobieta chciała jej za tę przysługę zapłacić, jednak moja praprababcia nie chciała pieniędzy. Chwilę później okazało się, że była to śmierć. Przyznała się do tego mojej praprababci i obiecała jej długie i spokojne życie. Praprababcia zmarła mając ponad 100 lat. Być może ja również jestem spadkobiercą tej historii? – zastanawia się pan Franciszek.
– Bardzo mało je. Być może to jest powodem tego, że wciąż mam go na tym świecie? Na śniadanie wypije szklankę herbaty. Obiad? To dwie łyżki zupy i jeden kęs ziemniaków popity połową szklanki kompotu. Na kolację wypije szklankę mleka. To wszystko. Od zawsze zdrowo się odżywiał. Bieda, której doświadczył w dzieciństwie, też miała wpływ na to co jadł – mówi córka pana Franciszka.
WCIĄŻ PAMIĘTA I WOJNĘ ŚWIATOWĄ I SZKOŁĘ
Pan Franciszek uwielbia opowiadać o I wojnie światowej, oraz o szkolnych czasach. Mógłby na ten temat mówić godzinami. – Kiedy był trochę młodszy i tak bardzo się nie męczył, do naszego domu co chwila przychodziła spora grupa ludzi, aby wysłuchiwać jego historie. Naprawdę ma o czym opowiadać. Sporo się tego zebrało przez ponad 100 lat życia – mówi pani Władysława. – Do dziś pamiętam szkolne czasy. W szkole przymusowo musieliśmy ukończyć 3 klasy. Pisaliśmy na kamiennych tabliczkach z drewnianymi klapkami. Do pisania używaliśmy specjalnego rysika, który można było później wymazać. Zeszytów nie było. Jedyny posiadała nasza wychowawczyni, do którego wpisywała oceny wszystkich uczniów. Uczyliśmy się abecadła, oraz liczenia. Tabliczkę mnożenia mieliśmy opanować do stu. O tysiącu nie było już mowy – śmieje się pan Franciszek.
Przez całe życie zajmował się butami. Był szewcem, jak sam mówi – bardzo popularnym na tutejszym terenie. – Mogłem zajmować się butami dzień i noc. W zawodzie pracowałem do 80- tego roku życia. Musiałem zrezygnować, ponieważ złamałem kość w stawie biodrowym, przez co straciłem sporo siły. Jednak buty do dnia dzisiejszego śnią mi się po nocach – mówi 107-latek. – Gdyby nie ta złamana kość, można by powiedzieć, że przez całe życie czuwała nad nim opaczność. Na nic nie chorował, nie miał żadnych wypadków… Dziś porusza się o kulach i bez mojej pomocy nie za bardzo potrafiłby przejść z pokoju do pokoju. Ale i tak wygląda nieźle, jak na osobę, która już dawno ukończyła 100 lat – dodaje pani Władysława.
MARZY O ŚMIERCI, ALE… NIC Z TEGO
– Umrzeć? Nawet i dziś! Już dużo przeżyłem i chyba najwyższy czas, aby pożegnać się z tym światem. Problem jest jednak taki, że ta śmierć chyba mnie jeszcze nie chce – śmieje się pan Franciszek i dodaje – Kilka razy byłem już blisko śmierci. Raz przewróciłem się na śliskim asfalcie i uderzyłem głową o beton. Jakoś z tego wyszedłem. Ale śmierć mnie kiedyś dopadnie. Nie wiem jeszcze kiedy, ale to nieuniknione. Dziś śpiewają mi na urodzinach „200 lat”. Jak tak dalej pójdzie, to rzeczywiście tych 200-stu lat dożyję.
Mimo swego wieku, pan Franciszek właśnie obecne czasy uznaje za najlepsze w swoim życiu. Żyje mu się spokojnie, przy boku kochającej córki, bez strachu przed okupantem, jak miało to miejsce podczas I wojny światowej. – Coraz częściej myślę o tym, że to ja szybciej opuszczę ten świat, niż mój ojciec. Patrząc na niego, nie mogę się nadziwić, jak człowiek może przeżyć, aż tyle lat. Jeżeli to dziedziczne, to mój tata „namaścił” w ten sposób moją siostrę z Jasła, mówiąc jej, że to właśnie ona dożyje tego samego wieku co on. Jeżeli tak się stanie, to opowieść o spotkanej śmierci przez jego praprababcię, którą mój tata opowiada od pokoleń, być może rzeczywiście jest prawdziwa? – kończy pani Władysława.
Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.