Janusz Tomsia z Szerzyn od ponad 30 lat kolekcjonuje radioodbiorniki. W swojej kolekcji posiada ponad 400 egzemplarzy, w tym radia z lat 30′ i 40′. Co ciekawe, większość z jego radioodbiorników wciąż działa, a on sam twierdzi, że udana naprawa uszkodzonego egzemplarza sprawia mu największą satysfakcję.

Pan Janusz radioodbiornikami zafascynował się jeszcze w czasach szkoły średniej. To wówczas w jego dłoniach znalazły się pierwsze radia. – Z wykształcenia jestem teleradio mechanikiem. Pochodzę z okolic Dzierżoniowa, ale tutaj poznałem swoją przyszłą żonę i wspólnie postanowiliśmy zamieszkać w Szerzynach – mówi Janusz Tomsia. – Zacząłem pracować w zakładzie radiowo-telewizyjnym, więc na co dzień miałem styczność z radioodbiornikami. W radiach fascynował mnie wydobywający się z nich dźwięk oraz ich konstrukcja. Postanowiłem, że zacznę je kolekcjonować. Oczywiście przez fakt, że mieszkałem na wsi, miałem mocno ograniczony dostęp do większości egzemplarzy. Nie skupiałem się więc na konkretnych modelach, a raczej na tym, aby były to sprzęty wiekowe i mające za sobą jakąś historię. Pamiętam, że radia zaczęły być obecne w Szerzynach dopiero na początku lat 70′. Dopiero wtedy większość mieszkańców gminy mogła korzystać z uroków prądu. Sam zacząłem jeździć do Krakowa do moich znajomych z pytaniem, czy nie mają jakiegoś radioodbiornika. Jeździłem również po giełdach, a niektóre sztuki udało mi się zdobyć od kompletnie nieznajomych mi ludzi. Kiedy w końcu nastała era Internetu, wiele ze swoich egzemplarzy nabyłem na internetowych aukcjach.
Wśród bogatej kolekcji pana Janusza, która liczy ponad 400 radioodbiorników z dwunastu krajów świata, znajdziemy m.in. radio marki Siemens z 1936 roku, radioodbiornik Amati wykonany w berlińskich zakładach im. Józefa Stalina w 1953 roku, czy radia marki Philips i Pioneer produkowane w czasach PRL-u. – Jednymi z najcenniejszych moich eksponatów jest powojenne szwajcarskie radio z oryginalną przystawką UKF. Do tego dochodzi również radio belgijsko-amerykańskie wyprodukowane na 100-lecie Belgii w 1935 roku. Ciekawym eksponatem jest również nakręcany na korbkę patefon z 1931 roku. Bez wątpienia moim oczkiem w głowie jest za to niemiecki radioodbiornik marki Telefunken, którego w swoich gabinetach używali SS-mani. Pomimo tego, że pochodzi z lat 30′ to już wtedy mógł pochwalić się możliwością zaprogramowania aż siedmiu stacji radiowych.
Na aukcjach internetowych pan Janusz często znajduje historyczne, lecz zepsute odbiorniki. Ceny takich urządzeń wahają się od 100 do 500 zł. Mieszkaniec Szerzyn nie załamuje jednak rąk, kiedy listonosz wręcza mu przesyłkę z zakupionym niedawno sprzętem, tylko od razu przechodzi do jego naprawy! – Oczywiście niektórych odbiorników nie da się naprawić, ale w mojej kolekcji większość jest „na chodzie”! Czasami naprawa zajmuje mi kilka minut, a czasami kilka dni. Wszystko uzależnione jest to tego, co akurat jest zepsute. W starych odbiornikach często uszkodzeniu ulegają kondensatory. Bywa, że zepsute są izolacje lub same anteny. Najgorzej jest, kiedy… myszy zjedzą cewki radiowe, ponieważ wówczas naprawa jest już bardzo skomplikowana lub niemożliwa, m.in. dlatego, że nigdzie nie można kupić podobnych zamienników. Po niektórych zakupionych przeze mnie radiach widać również, że kilkukrotnie były naprawiane przez mechaników, jednak zamiast naprawić odbiornik, jeszcze bardziej go uszkodzono, więc takich egzemplarzy również nie ma szans uratować, a szkoda, bo człowiek czuje się wtedy, jak lekarz, który daje pacjentowi drugie życie.
Mieszkaniec Szerzyn mówi, że w naszym kraju nie brakuje zbzikowanych na punkcie radioodbiorników kolekcjonerów. Niektórzy nie fascynują się wyłącznie radiami, ale również zbierają lampy, a nawet opakowania fabryczne. Zdarzały się przypadki, że kupiony niedrogo, rzadki radioodbiornik po renowacji w specjalistycznym zakładzie był wart kilkanaście tysięcy złotych. – Sam nigdy nie patrzyłem na moją pasję pod kątem ewentualnych zarobków. Do kolekcjonowania radioodbiorników przekonał mnie… dźwięk wydobywający się ze starych sprzętów. Jest on zdecydowanie cieplejszy niż ten słyszany w nowoczesnych radiach. Dodatkowo stare radio zaczyna grać w momencie, kiedy nagrzeje się lampa. To nie jest zwykle naciśnięcie guzika na pilocie, jak ma to miejsce przy nowoczesnych odbiornikach. Włączając starszy sprzęt, czujemy się jak dziecko rozpakowujące prezent. W zasadzie wiemy, czego możemy się spodziewać, ponieważ wcześniej pisaliśmy list do Mikołaja, ale oczekiwanie na jego otwarcie jest czymś magicznym i niepowtarzalnym.
Kolekcjoner twierdzi, że nigdy nie brał na poważnie sprzedaży swojej kolekcji, ponieważ dla niego jest całym życiem. – Poświęciłem się temu bez reszty. Zdarzyło się, że sprzedałem jakiś egzemplarz, ale wynikało to tylko z tego, że… nie miałem gdzie ich pomieścić. Radia stoją w pokoju, na korytarzu, a ja nie mam kolejnych pomieszczeń, w których mógłbym je przechowywać. Mimo wszystko cieszę się, że w kolekcjonowaniu mam wsparcie mojej żony. Jesteśmy małżeństwem prawdziwych pasjonatów, ponieważ ona zajmuje się pisaniem wierszy. Ma na swoim koncie już dwa wydane tomiki, a teraz pracuje nad kolejnym. Razem mocno się wspieramy. Oczywiście ciągle będę starał się powiększać swoją kolekcję. Najbardziej brakuje mi odbiorników stereo, które wydają z siebie piękny przestrzenny dźwięk i mają niezwykle rozbudowany układ. Być może uda mi się w przyszłości zaprezentować swoją kolekcję w jakimś muzeum? Odpalając podczas zwiedzania jeden z moich najstarszych radioodbiorników, bez wątpienia zrobiłoby się bardzo nastrojowo… – kończy z uśmiechem pan Janusz.
Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.