Łukasz Słomski – kajak i Bug

Łukasz Słomski z Wierzchosławic właśnie powrócił z ciężkiej i wyczerpującej podróży kajakiem wzdłuż rzeki Bug. Zadanie związane ze spłynięciem rzeką od jej źródła na Ukrainie, następnie „Wschodnią Ścianą” stanowiącą jednocześnie granicę z Ukrainą i Białorusią, aż po Zalew Zegrzyński (plus Narwią do Wisły) zajęło mu 22 dni. Ponad 800 km, które udało mu się w tym czasie pokonać sprawiły, że stał się pierwszą osobą, która samotnie, bez zapewnionego wcześniej wsparcia logistycznego i z zachowaniem ciągłości spływu w całości pokonała długość rzeki.

Łukasz Słomski

Pomysł na to, aby zmierzyć się z Bugiem, zrodził się w głowie pana Łukasza dosyć spontanicznie. Rok wcześniej postanowił przepłynąć kajakiem Dunajec, zaczynając od źródła w górach, a kończąc na jego ujściu do Wisły. Bug miał być zatem kolejną rzeką, którą pokona samotnie.

Przygotowania do podróży zajęły panu Łukaszowi kilka tygodni. Pomimo tego, że dysponował już odpowiednim kajakiem oraz odzieżą nieprzemakalną musiał zadbać m.in. o wyżywienie, które miało wystarczyć przynajmniej na kilka pierwszych dni podróży. Dodatkowo spakował namiot, telefon, kamerę sportową, aby móc sfilmować całą pokonaną przez siebie trasę oraz trzy powerbanki, dzięki którym mógłby naładować urządzenia. – Spakowanie się do małego kajaka na trzy tygodnie już samo w sobie stanowiło wyzwanie. Kajak z całym sprzętem, prowiantem i niezbędnym wyposażeniem ważył ok. 50 kg. Niestety często doświadczało się tych kilogramów zwłaszcza w pierwszych dniach podczas przenoszenia kajaka po stromych zboczach czy przepychając go przez ściany pnączy. Wiedziałem, że podróż nie będzie łatwa. Przecież miałem być pierwszą osobą, która dokona tego samotnie, ponieważ do tej pory zorganizowano trzy wyprawy od źródła, jednak wszystkie były grupowe – mówi pan Łukasz dodając, że powodzenie akcji stało pod dużym znakiem zapytania już od samego początku. – Rzeka jest nieuregulowana, nie ma sztucznych wałów, czy nasypów. Już na starcie byłem zmuszony walczyć nie tylko z rzeką, ale również z deszczem i niskimi temperaturami, co bardzo źle oddziaływało na mój organizm. Trudność stanowiła mnogość naturalnych przeszkód w wodzie oraz brak jakichkolwiek dostępnych informacji na temat ukraińskiego odcinka, chociażby w postaci zdjęć, czy opisów o kształtującym się przebiegu nurtu rzeki. Płynąc przez dżunglę i pokonując w ten sposób pierwsze 200 km, wiedziałem, dlaczego nikt tamtędy nie pływa…

WARTO PRZECZYTAĆ:   Mikrokawalerki szansą dla młodych tarnowian?

Pan Łukasz 20 z 21 nocy spędził pod namiotem. Tylko raz skorzystał z gościnności miejscowego księdza, który zaproponował mu nocleg na plebanii.Wszystko działo się 10 dnia podróży. Nie miałem sił, aby dalej płynąć. Fizycznie i psychicznie byłem wykończony. Codzienne wiosłowanie po 9 -12 godzin dało mi solidnie w kość. Dodatkowo z trzech powerbanków, które miały służyć do naładowania telefonu oraz kamery, tylko jeden okazał się sprawny. Skończyło się jedzenie, a także woda, bo ta z Bugu nie nadawała się do picia. Myślałem, że cała przygoda właśnie kończy się niepowodzeniem. Ks. Henryk Suchodolski, proboszcz parafii Świerże oprócz tego, że zagwarantował mi nocleg, zaproponował również posiłek. Skorzystałem także z gniazdka, aby podładować swoje urządzenia. Kiedy obudziłem się kolejnego dnia stwierdziłem, że nie mogę teraz zrezygnować. Włożyłem w to zbyt dużo wysiłku i przygotowań. Zniechęcenie szybko przeszło, a ja znowu wylądowałem w kajaku. Okazało się, że na kolejnych odcinkach rzeki, miejscowości z nią sąsiadujące były znacznie bardziej rozbudowane, więc z napełnieniem plastikowych butelek wodą z przydomowych studni, czy zrobieniu zapasu jedzenia w niewielkich sklepach było o wiele łatwiej – Nocowałem już tylko i wyłącznie w namiocie, ale ludzie, których napotykałem w czasie podróży, okazali się niezwykle uprzejmi. Sami oferowali mi swoją pomoc. Doszło nawet do takiej sytuacji, że pewnego dnia z samego rana pod swoim namiotem zastałem mężczyznę z ciepłą herbatą, kawą i jajecznicą. Takie sytuacje sprawiały, że od razu nabierałem chęci do dalszego wiosłowania.

Podczas podróży nie brakowało również niebezpiecznych sytuacji. Przede wszystkim kajak z panem Łukaszem znalazł się w centrum białorusko- rosyjskich manewrów wojskowych „Zapad”. – Obecność kogokolwiek postronnego w tym czasie przemierzającego granicę i skwapliwie nagrywającego co ciekawego zobaczy, nikomu nie jest na rękę. Wielokrotnie byłem ostrzegany przez wędkarzy, aby pod żadnym pozorem nie zbliżać się do białoruskiego brzegu. Już samo przekroczenie głównego nurtu rzeki bywa traktowane jako bezprawne wtargnięcie na teren ich kraju i takie osoby są zatrzymywane i tymczasowo kierowane do więzienia, gdzie czekają na proces. Zresztą cały czas byłem pod kontrolą polskich służb granicznych, które codziennie legitymowały mnie i pytały: skąd jestem, gdzie płynę i gdzie dziś będę nocował. Nieciekawie było też w okolicach Dorohuska, gdzie kwitnie przemyt, głównie papierosów. Ludzie odradzali mi nocowanie w tamtej okolicy…

WARTO PRZECZYTAĆ:   Piotr Czarniecki: Z bębnem do Afryki

W czasie 22- dniowej podróży pan Łukasz stracił 5 kg. Przepłynięcie Bugu okazało się znacznie trudniejszym zadaniem, niż początkowo przypuszczał. Jak sam twierdzi, cieszy się, że jest kawalerem, bo żona prawdopodobnie nigdy nie pozwoliłaby mu na taką wyprawę. – Osobą, która rzeczywiście bardzo przejmuje się każdym moim wypadem, jest moja mama. Doskonale wie, że nie jest w stanie mnie zatrzymać, więc przed każdą podrożą, staram się opisać jej, jak będą wyglądać poszczególne dni i zapewnić ją, że nic mi nie grozi. Wiele osób pyta mnie, dlaczego nie chciałem nagłośnić sprawy związanej z przepłynięciem Bugu, zanim do tego przystąpiłem. Odpowiedź jest prosta – obawiałem się, że się nie uda. Całą swoją podróż udało mi się jednak sfilmować i jest ona dostępna w Internecie. Cieszę się, że udało mi się pokonać całą trasę przede wszystkim dlatego, że wideo będzie służyć teraz osobom, które zechcą powtórzyć mój wyczyn. Na pewno znajdą w nim wiele cennych wskazówek, na co zwracać uwagę i czego się wystrzegać podczas pokonywania tej konkretnej rzeki – mówi pan Łukasz i dodaje, że w jego głowie rodzą się kolejne plany związane z nietypowymi podróżami. – Mam już kilka pomysłów, które dotyczą pokonania kolejnych odcinków poszczególnych rzek, ale na razie to tylko plany. Teraz chciałbym wypocząć i zrobić sobie kilkumiesięczną przerwę. Czy w przyszłości wydam książkę na temat moich podróży? Nie wykluczam takiej opcji. Na razie skupiam się jednak na przeżyciu kolejnych podobnych przygód jak ta związana z pokonaniem Bugu. Przecież książka musi być ciekawa! – kończy z uśmiechem na twarzy mieszkaniec Wierzchosławic.

Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.

Dodaj komentarz