Jego dom w Faściszowej w gminie Zakliczyn zdobi wiele wyrzeźbionych przez niego postaci. W warsztacie, aż roi się od drewnianych figurek, a wszystkiego dogląda kilkuletni wnuk, który już dziś chciałby pójść w ślady swojego dziadka. Stanisław Socha, bo o nim mowa, już od najmłodszych lat interesował się rzeźbiarstwem. Dziś jego dzieła zdobią m.in. wnętrza prywatnych domów w kraju, jak również w USA, Niemczech, Austrii, Francji i Szwecji.

Nagroda za diabła
Pierwsze przejawy talentu rozpoznał u siebie jeszcze w siódmej klasie szkoły podstawowej, kiedy to na zajęciach plastycznych klasa wykonywała lampki nocne z korzeni drzew. – Już w dzieciństwie miałem do tego smykałkę – mówi Socha. – Chodziłem po lasach i zastanawiałem się, co można byłoby stworzyć z korzeni drzew. Kiedy w szkole wyrzeźbiłem pierwszą lampkę nocną, postanowiłem oddać się rzeźbiarstwu bez reszty. Początkowo nie było stać mnie na profesjonalny sprzęt. Zamiast dłuta używałem noża masarskiego. Wykonywałem lampki, żyrandole, a następnie głowy ptaków, węży oraz postacie. W 1974 roku zrobiłem pierwszą rzeźbę. Był nią dziadek siedzący na pniu.
Być może Socha pozostałby do dziś anonimowym twórcą, gdyby nie jego siostra, która trzy lata później na wystawie prac Józefa Stępka z Wróblowic ujawniła ówczesnemu dyrektorowi zakliczyńskiego GOK-u zainteresowania brata. Od tamtej pory zaczął brać udział w różnorakich konkursach i wystawach. – Cały czas podchodziłem do tego wszystkiego hobbystycznie. Nie liczyłem na to, że mógłbym mieć z tego jakiekolwiek pieniądze. Jednym z przełomowych momentów był ogólnopolski konkurs w muzeum w Łęczycy w 1987 roku, który odbywał się pod patronatem Ministerstwa Kultury i Sztuki. Wśród 172 osób, które brały udział konkursie, udało mi się zająć trzecie miejsce. Tematem prac był – „Diabeł w rzeźbie ludowej”, a ja wykonałem figurkę Maryi, pod której stopami klęczała kobieta z diabłem na plecach. Jeszcze w tym samym roku odebrałem nagrodę za zajęcie trzeciego miejsca w konkursie „Sztuka ludowa województwa tarnowskiego”. Od tego momentu jego dzieła zaczęły cieszyć się większym zainteresowaniem. Rzeźby, które wykonał, do dnia dzisiejszego znajdują się w muzeach na terenie Tarnowa, Łodzi, czy Krakowa. W 2002 roku został wyróżniony przez „Grosz Ziemi Tarnowskiej” za osiągnięcia artystyczne i upiększanie w ten sposób krajobrazu Tarnowa i okolic. Pracował również m. in. przy „Skamieniałym mieście” w Ciężkowicach. Dzięki niemu ten szlak turystyczny wzbogacił się o ozdobną bramę przy wodospadzie, ścieżki, dębowe stopnie, ławki oraz barierki.
Mania jednej rzeźby
Jest jedna postać, którą może rzeźbić dniami i nocami. To figura Chrystusa Frasobliwego. – To rzeźba, którą można podziwiać niemal w całej Polsce, ale pochodzi ona z Galicji. Jeżeli nic nie przychodzi mi do głowy, to biorę się właśnie za nią. W swoim życiu wykonałem blisko 500 tego typu rzeźb. Jedna z nich była dla mnie bardzo ważna i wyjątkowa, niestety musiałem ją sprzedać, ponieważ wymusiła to na mnie sytuacja życiowa, w której się znalazłem. W swojej kolekcji mam również postać Jezusa stojącego przed sądem. Ta rzeźba również stanowi dla mnie dużą wartość sentymentalną i mam nadzieję, że nigdy nie będę zmuszony do tego, aby ją sprzedać – mówi rzeźbiarz z Faściszowej.
W warsztacie potrafi spędzać całe dnie. Od lutego przeszedł na emeryturę rolniczą, więc swojej pasji poświęcać będzie jeszcze więcej czasu. Potrzebne materiały sprowadza z Zakliczyna, a pomysły na nowe rzeźby czerpie z otaczającego go świata. Czasami przygląda się klocowi drewna, który ma obrobić, a następnie szuka w nim kształtu, który ma przybrać. Do rzeźb, które mają stanąć we wnętrzu wykorzystuje drewno lipowe. Bardziej trwałe dzieła powstają z dębu, olchy i modrzewia, a że teren wokół Faściszowej jest gęsto zalesiony, materiału nie brakuje. – Na pewno rzeźbiarstwo nie należy do najłatwiejszych zawodów na świecie, zwłaszcza teraz, kiedy po latach zaczyna dokuczać kręgosłup i oczy. Niektóre rzeźby wymagają blisko 40 godzin pracy, aby osiągnąć wymarzony efekt. W swoim życiu wykonywałem figurki, które miały 10 cm, ale i takie, które miały ponad 4 metry! Rzeźbienie piłą spalinową jest szybkie. Dłutem trzeba się narobić. Zdarzało się, że od wyrzeźbionej postaci odpadała ręka, czy głowa. Zawsze można ją było jednak dokleić. Nigdy nie wyrzuciłem żadnej ze swoich rzeźb! To niedopuszczalne w tym zawodzie! Nigdy też w trakcie pracy nie zmieniałem zamysłu, co do efektu końcowego, jaki chciałem osiągnąć. Rzeźby bywały bardziej lub mniej doskonałe, ale zawsze przedstawiały to, czym miały być od początku – nie ukrywa Socha.
Otwarty na zmianę warty
W swoim domu Stanisław Socha założył galerię, gdzie można podziwiać jego działa, a także w której odbywają się warsztaty dla dzieci. Na początku sierpnia zorganizowano weekend warsztatów rzemiosła w ramach akcji „Otwarte Pracownie”, w których jednym z gospodarzy był właśnie rzeźbiarz z Faściszowej. – Nigdy nikomu nie zazdrościłem talentu i nigdy też sam nie zamykałem się przed otoczeniem. Chcę aby jak najwięcej ludzi rzeźbiło. Świat jest piękniejszy, jeżeli się go przyozdobi. Syn stara się pójść moimi śladami. Założył nawet działalność gospodarczą, ale okazało się, że składki ubezpieczeniowe były tak duże, że było to nieopłacalne i dziś pracuje w Austrii. Mimo tego nie rezygnuje i chciałby w przyszłości poświęcić się rzeźbiarstwu. Rzeźbić próbuje również mój wnuk. Biorąc pod uwagę jego wiek, naprawdę dobrze posługuje się dłutem. W rodzinie rzeźbiarstwo mamy we krwi. Przekazywane jest z pokolenia na pokolenie, więc bardzo bym chciał, aby kolejne osoby w naszym drzewie genealogicznym przejęły ode mnie tę pałeczkę – mówi Socha.
Rzeźbiarz marzy o założeniu ogrodu, w którym można byłoby prowadzić lekcje plenerowe dla dzieci. Chciałby także stworzyć miejsce edukacyjne, w którym najmłodsi mogliby z rzeźb nauczyć się podstawowych wiadomości na temat wsi i tutejszego życia. Dzięki organizacji tego typu plenerów mógłby wyłowić rzeźbiarskie talenty wśród dzieci i młodzieży. – W obecnych czasach rzeźbiarstwo stało się raczej hobby, aniżeli sposobem na zarobek. Dawniej ludzie zamawiali kapliczki, rzeźby, czy ozdobne ogrodzenia. Dziś ważniejsze jest zapewnienie rodzinie odpowiednich warunków do życia. Na przyjemności w postaci ładnej rzeźby stać tylko wąską grupę osób. Liczę jednak na to, że uda mi się zarazić młodych adeptów rzeźbiarstwa do tego zawodu, aby i oni mogli upiększać ten świat swoimi dziełami – kończy.
Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.