Pochodzący z diecezji tarnowskiej ks. Krzysztof Szebla w 2011 r. został skierowany do pracy w Metropolitalnym Wyższym Seminarium Duchownym we Lwowie-Brzuchowicach. Trzy lata później powierzono mu obowiązki referenta ds. Muzeum Archidiecezji Lwowskiej przy Kurii Metropolitalnej i wikariusza Bazyliki Archikatedralnej pw. Wniebowzięcia NMP we Lwowie. 44-letni kapłan nie ukrywa, że wojna na Ukrainie wzbudziła strach w tamtejszych obywatelach, jednak pomimo tego, starają się oni zachować spokój i normalnie funkcjonować.
W wojnie dezinformacji
Ks. Krzysztof Szebla, który od 11 lat przebywa we Lwowie, nie ukrywa, że dzień 24 lutego, kiedy to Rosjanie zaatakowali Ukrainę, zapamięta na długo. Polski kapłan od razu włączył internet, aby usłyszeć najważniejsze informacje dotyczące sytuacji w tamtejszym kraju. – W ukraińskich komunikatach apelowano o to, aby zaopatrzyć się w wodę i jedzenie, ale aby też spróbować zachować spokój i nie wpadać w panikę. Wydaje mi się, że Ukraińcy posłuchali tych rad, bo przynajmniej tutaj we Lwowie nie było żadnych nerwowych ruchów. Już w pierwszych dniach trzeba było prostować informacje w niektórych polskich mediach, jakoby we Lwowie były jakieś bombardowania. Pojawiały się ostrzeżenia przez megafony i wyły syreny, dlatego niektórzy odbierali to jako fakt bombardowania, a był to jedynie alarm, aby zachować ostrożność. Kapłan dodaje, że już trzeciego dnia wojny na drogach we Lwowie i okolicach zaczęły pojawiać się dziwne znaki. – Ktoś sprayem na drogach oraz ulicach miasta zaczął malować nietypowe znaki w postaci zielonych i czerwonych krzyży. Ukraińcy mówili między sobą, że robią to dywersanci i szpiedzy rosyjscy, oznaczając w ten sposób cele bombardowań. Znajdowane miały być też urządzenia naprowadzające. Pod katedrą przygotowany został więc schron na wypadek ostrzału. Mamy jednak nadzieję, że nie będziemy zmuszeni z niego korzystać.
Przebywający na Ukrainie polski ksiądz twierdzi, że sytuacja we Lwowie jest spokojna, chociaż w obiegu pojawia się sporo dezinformacji, ze strony rosyjskiej, ale także wiele niesprawdzonych wiadomości ukraińskich. Dlatego na jednym z komunikatorów uruchomiono specjalną grupę, gdzie Ukraińcom przesyłane są rządowe komunikaty na temat nadciągającego zagrożenia lub sytuacji w poszczególnych miastach. – Pojawiają się tam bardziej sprawdzone informacje, więc spora grupa Ukraińców korzysta właśnie z tego komunikatora. W internecie nie brakuje jednak fake newsów. Niedawno pojawiła się informacja mówiąca o tym, że Węgrzy, którzy zamieszkują na Ukrainie obwód zakarpacki, prosili premiera Węgier Victora Orbana o to, aby przeprowadził referendum w sprawie przyłączenia tego terenu do tamtejszego kraju. Oczywiście tego typu informacje publikowane są tylko po to, aby zdenerwować i poruszyć Ukraińców oraz rozbić ich jedność – tłumaczy ks. Krzysztof Szebla.
Żyć normalnie…
Mieszkańcy Lwowa starają się nie przejmować zbytnio kolejnymi informacjami o atakach rosyjskich żołnierzy. Ks. Krzysztof Szebla uważa nawet, że zdarza im się bagatelizować ewentualne zagrożenie. – Sam Lwów wydaje się być obecnie bezpieczny do życia. Nawet w sytuacji, kiedy słychać syreny alarmowe, to da się zauważyć, że ludzie bez większego strachu przemieszczają się po ulicach. Większy strach odczuwają ci, którzy mieszkają w okolicach elektrowni lub lotniska, które mogą stać się głównym celem ataku Rosjan. Z kolei ci, którzy mieszkają w samym centrum Lwowa, wychodzą z założenia, że Putin nie może zaatakować centrum miasta, chociażby ze względu na fakt, że… Stare Miasto we Lwowie znajduje się na światowej liście dziedzictwa UNESCO. Brzmi to zapewne absurdalnie, ale wydaje mi się, że w ten sposób próbują odsuwać od siebie zagrożenie i myśli o tym, co aktualnie dzieje się na Ukrainie. Trzeba też zaznaczyć, że wszystkie drogi dojazdowe do Lwowa są zablokowane specjalnymi betonami i objęte ścisłą kontrolą. Dotyczy to także polnych tras. Ukraińskie wojsko nieustannie trzyma rękę na pulsie – tłumaczy kapłan i dodaje, że również i w ukraińskich mediach pojawiają się nagrania, z których jasno wynika, że nie wszyscy rosyjscy żołnierze wiedzą, w jakim celu znaleźli się na Ukrainie. – W telewizji, czy w internecie krążą nagrania, w których rosyjscy żołnierze znajdujący się w niewoli Ukraińców, dzwonią do swoich rodzin i tłumaczą im, że nie wiedzą, co tutaj się dzieje, ponieważ wcześniej otrzymali informację, że jadą na Ukrainę na ćwiczenia wojskowe. Pojawiają się także informacje mówiące o tym, że niektórzy rosyjscy żołnierze, przywiezieni na Krym, porzucili broń i ukrywają się po wioskach. Trudno to skomentować, ponieważ kiedy widzi się wojska rosyjskie bombardujące obiekty cywilne, to każdy powinien zdawać sobie sprawę z tego, że nie ma to żadnego związku z ćwiczeniami wojskowymi. Nikt do końca nie wie, w jaką grę na tej wojnie grają Rosjanie…
Nie wszyscy myślą o ucieczce
W polskich mediach co chwilę pokazywane są zdjęcia uchodźców, którzy czekają we Lwowie na pociąg jadący do Polski. Oprócz słów wsparcia ze strony naszych obywateli nie brakuje jednak i takich głosów, które krytykują polski rząd za wpuszczanie na teren naszego kraju obywateli innych krajów niż Ukraina, przede wszystkim mając na uwadze ludzi pochodzących z krajów afrykańskich. Ks. Krzysztof Szebla uważnie śledzi te doniesienia i potwierdza, że nie brakuje tam czarnoskórych mężczyzn, jednak w jego opinii wielu z nich może być studentami lwowskich uczelni. – Trudno powiedzieć jaką grupę stanowią tutaj imigranci, ponieważ we Lwowie funkcjonuje Narodowy Uniwersytet Medyczny im. Danyła Halickiego i rzeczywiście sporą liczbę pasażerów pociągu mogą stanowić czarnoskórzy studenci tej uczelni. Trzeba jednak zaznaczyć, że w ukraińskich mediach Polska jest bardzo doceniana. Tutejsi dziennikarze mówią, że z żadnego kraju na świecie Ukraina nie otrzymała takiej pomocy, jaką otrzymuje ze strony Polski, mając tutaj na uwadze nie tylko nakładane na Rosję kolejne sankcje, ale również pomoc medyczną, pomoc związaną z przekazywaniem broni, czy właśnie związaną z opieką nad uchodźcami. Nie wszyscy jednak chcą opuszczać Ukrainę. Wielu mieszkańców Lwowa zdecydowało się pozostać w tym mieście, ponieważ liczą na to, że kraje Europy Zachodniej, a także USA nie pozostawią ich samych w momencie narastania konfliktu.
Również i ks. Krzysztof Szebla nie brał pod uwagę powrotu do naszego kraju, bo jak sam mówi, Lwów to jego miejsce na ziemi. – Po coś się tutaj pojawiłem i być może to właśnie w trakcie tego konfliktu będę tutaj najbardziej potrzebny. Do tej pory ani razu nie przeszło mi przez myśl, że mógłbym ruszyć na dworzec kolejowy i oczekiwać na pociąg do Polski. W naszej diecezji funkcjonują zdecydowanie mniejsze parafie niż nasza, gdzie ksiądz uznawany jest za lidera danej społeczności, mając z nimi bardzo bliskie relacje. W mojej parafii liderem na pewno nie jestem, a mimo wszystko czuję, że jestem tym ludziom potrzebny. Tak naprawdę jedynie przez pierwsze dwa dni wojny czułem lęk. Ze stresu nawet bolała mnie głowa, ale dziś już do sytuacji na Ukrainie przywykłem. Kolejne dni przyniosły zdecydowanie więcej spokoju, chociaż daleko jest do psychicznego komfortu, zwłaszcza że wojska rosyjskie zaczęły używać do ataku coraz groźniejszej amunicji. Liczę jednak na to, że wszystko zakończy się szczęśliwie. Ukraińcy pokazali już swoją zawziętość i upór. Wierzę, że nadal będą je pokazywać.
Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.
Comments are closed, but trackbacks and pingbacks are open.