W Szerzynach niedaleko tamtejszego kościoła znajduje się kuźnia. Pomimo tego, że nie jest już w najlepszym stanie, to każdy z mieszkańców wie, że przez lata świadczyła usługi lokalnej społeczności. Każdy również zna Jana Dłuskiego, 99-latka, który w kuźni spędził niemal całe życie, a fach odziedziczył po swoich przodkach, którzy podkuwali konie na szlacheckich dworach.

Kowalstwo w rodzinie pana Jana, to wielopokoleniowa tradycja. Zaczęło się od dziadka Tomasza, który był nadwornym kowalem w szlacheckiej rodzinie Kochanowskich. – Dziadek w swojej kuźni wykonywał podkowy dla koni, metalowe elementy do powozów, czy narzędzia dla rolników. Był znany i ceniony w całej okolicy – mówi Jan Dłuski, który mimo swoich 99-lat na karku, imponuje świetną pamięcią i kondycją fizyczną. – Co chwilę pytają mnie, jaki mam sposób na długowieczność. Życie na pewno mnie nie oszczędzało. Ciężko pracowałem, ale nie stosowałem żadnej diety. Potrafiłem dobrze zjeść, mimo iż tego po mnie nie widać. Wiadomo, że był okres, kiedy jadało się wyłącznie dania z roślin strączkowych, jak groch, czy bób, ale przede wszystkim nie stosowało się wówczas sztucznych nawozów. Zdrowa żywność, to podstawa!
Fach po dziadku odziedziczył ojciec pana Jana – Ludwik. W 1929 roku postanowił wybudować kuźnię w miejscu, w którym stoi do dnia dzisiejszego. Już wtedy w pracy pomagał mu pan Jan, który, jako 12-latek zamiast spotykać się z kolegami, spędzał czas przy rozgrzanym piecu. – Pracy mieliśmy co niemiara. Tylko pieniądze były z tego marne. Na dzisiejsze czasy, od podkutego konia zarabialiśmy 10-15 zł. Cenę kształtowała zamożność rolników, a ta była w opłakanym stanie. Wraz z ojcem wykonywaliśmy również metalowe elementy dla miejscowej straży ogniowej. Największą pracę wykonaliśmy jednak przy kościele parafialnym. Zbrojenia, jak i krzyże na wieży, to nasza robota – mówi dumnie, pokazując palcem na znajdującą się za oknem świątynię.
W czasie II wojny światowej pomocą służył nie tylko mieszkańcom Szerzyn, ale również niemieckim żołnierzom. – Na co dzień współpracowałem z partyzantami. Nie brałem czynnego udziału, ale znałem te osoby, kryjąc ich przed Gestapo. Z niemieckimi żołnierzami również musiałem współpracować. W innym wypadku czekałaby mnie śmierć. Robiłem podkowy dla ich koni. W zamian dawali mi papierosy, czy czekoladę. Uwielbiali dokładność, więc podkowa musiała być dopięta na ostatni guzik.
Zdarzyło się jednak, że omal nie skończył, jako więzień niemieckich obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu, a to wszystko przez… zabicie świni. – Zasłoniliśmy okna kocami, a w pokoju paliły się tylko lampy naftowe. Mieliśmy trzy świnie i postanowiliśmy zrobić z nich wyroby. Ktoś nas podkablował. Do domu wpadło Gestapo. Byli pewni, że szykujemy zapasy jedzenia dla partyzantów. Zabrali nas na przesłuchanie, gdzie byliśmy bici. Krzyczeli, że za chwilę wywiozą nas do Oświęcimia. W końcu udało nam się ich przekonać, że wyroby robiliśmy dla siebie i nas wypuszczono. Nigdy wcześniej, ani później nie miałem już takiej „przygody”. Zdarzyło się nawet, że będąc złapanym podczas godziny policyjnej, patrol niemiecki odprowadzał mnie do domu. Naprawdę cieszyłem się wśród nich dużym szacunkiem.

Adam Dłuski, syn pana Jana, nie poszedł w ślady swojego ojca, jednak jak sam przyznaje, kowalstwo nie jest mu obce. – Myślałem o tym, aby kontynuować tradycje swoich przodków, jednak to ciężka i kosztująca wiele nerwów praca. Poza tym, w dzisiejszych czasach na wsiach jest coraz mniej koni, czy narzędzi rolniczych wymagających interwencji kowala. Nie byłby to pewnie zbyt opłacalny biznes. Pozostaje mi spawarka – śmieje się i dodaje – Dziś strach jest też otwierać tego typu działalności. Nigdy nie wiesz, jaki pomysł wpadnie do głowy innym ludziom. Co mam na myśli? Proszę zapytać ojca. Pan Jan tylko się uśmiecha. – Po wojnie niszczono rzemiosło. Swego czasu przyszedł do mojej kuźni pewien znajomy. Chciał wyklepać lemiesz do pługa. Byłem zajęty wówczas pracą w polu, więc powiedziałem mu, że rozpalę mu piec, a resztę niech zrobi sam. Ledwo się obróciłem, a za swoimi plecami miałem urzędników państwowych, którzy oznajmili mi, że nielegalnie zatrudniam pracownika! Na nic zdały się moje tłumaczenia, że to tylko znajomy, który poprosił mnie o pomoc. Otrzymałem 70 tys. zł kary. Zmuszony byłem nawet sprzedać część swojego pola, abym mieć pieniądze na jej pokrycie. Ostatecznie po wielu latach udało mi się ją spłacić. Szkoda tylko, że została niesłusznie nałożona…
O mały włos, a pan Jan nigdy nie związałby się z kowalstwem. Jego pierwszą i największą miłością była bowiem… muzyka i teatr. Przez kilka lat, jako kierownik prowadził Świetlicę Ludową. Był współzałożycielem lokalnej kapeli, w której również sam występował. – Ojciec od urodzenia uwielbiał to robić. Sam nauczył się grać na skrzypcach. Grał wszystkie znane melodie i to ze słuchu! Kiedy działał w kapeli organizował występy dla lokalnej społeczności. Na jego przedstawieniach hale zapełniały się do ostatniego miejsca – mówi pan Adam. – To fakt, że od urodzenia bardziej od kowalstwa pociągała mnie muzyka i teatr. Niestety, to mój starszy brat poszedł się kształcić, a ja byłem zmuszony zostać z rodzicami i pracować w kuźni. Kto wie, być może gdybym wówczas nie posłuchał rodziców, dziś nie nie rozmawiałby pan z kowalem, ale z cenionym muzykiem? Jednak na pewno nie żałuję tej decyzji. W naszej miejscowości było kilku kowali, ale wszyscy zawsze powtarzali, że nikt nie potrafił tak zrobić podkowy, jaką robi Dłuski.
W przyszłym roku kowal z Szerzyn będzie obchodził 100 lat. Rodzina planuje zorganizować przyjęcie z tej okazji, jednak nie zapowiada się, aby miała być to wielka uroczystość. – Tata zawsze lubił ciszę i spokój. Planujemy kameralną imprezę. Cztery lata temu mieliśmy już podobną uroczystość, ponieważ mama mojej żony również obchodziła setne urodziny. Na pewno nie obędzie się bez wspólnego odśpiewania „200 lat”, a te blisko sto lat życia mojego taty bez wątpienia pokazało, że czerpał z niego garściami i jak przystało na kowala, kuł żelazo, póki gorące…
Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.