Lekarze coraz częściej narzekają, że pojawiający się w ich gabinetach pacjenci, z góry wiedzą, z jaką chorobą przychodzą, prosząc tylko o wypisanie recepty na konkretne lekarstwa. Pół żartem, pół serio komentują, że to efekt wcześniejszych konsultacji z dr Google.
Nie tak dawno koncern Google poinformował, że co dwudzieste hasło wpisane w ich wyszukiwarkę ma związek ze zdrowiem. Z przeprowadzonych badań wynika, że dla naszego społeczeństwa tzw. „dr Google” jest lekarzem pierwszego kontaktu. Z zeszłorocznego zestawienia najczęściej przez Polaków zadawanych pytań, w pierwszej dziesiątce znalazło się pytanie – „co to borelioza?”. Mnóstwo jest zapytań o przyczyny bólu brzucha, oczu, czy wątroby. Kolejki do lekarzy odstraszają, więc sposobów na swoje dolegliwości szukamy w Internecie. – Bardzo często tego typu porady są skuteczne. Zraziło mnie do siebie już kilku lekarzy i chociażby patrząc przez pryzmat niekompetencji tych, na których trafiłem, nie wydaje mi się, abym miał się bać porad z Internetu. Dzielą się nimi przeważnie osoby, które daną chorobę przechodziły i mają sprawdzone sposoby, aby ją zwalczyć – usłyszeliśmy od zagorzałego wielbiciela dr Google.
Fora internetowe aż roją się od pacjentów, którzy zamiast w poradni, właśnie w Internecie szukają recepty na swoje schorzenia. Większość z nich korzysta z tego typu porad, ponieważ… nie mogą doczekać się na wizytę u specjalisty. Okazuje się bowiem, że na wizytę u kardiologa czeka się dziś ponad dwa miesiące, a do endokrynologa – ponad trzy! Są osoby, które właśnie przez długi czas oczekiwania do konkretnego lekarza, nauczyły się korzystać z sieci. Wśród nich jest pan Dariusz, który od 10 lat zmaga się z cukrzycą i nie ukrywa, że żaden lekarz nie dał mu przez ten czas tylu cennych porad, niż ci, którzy trzymają w ryzach chorobę przez wiele lat i piszą na jej temat w Internecie. – Wymieniamy się informacjami na temat naszej choroby. Wzajemnie się dokształcamy i oferujemy sobie pomoc. Rozmawiamy na temat specjalistów, sposobach leczenia, czy lekach, które warto stosować. Zdarza się, że później zjawiam się u lekarza, tylko po to, aby ten wypisał mi konkretną receptę. Internet stał się dla mnie nie tylko poradnią, ale i także miejscem spotkań. Zawarłem wiele znajomości, dzięki którym jestem silniejszy w walce ze swoją chorobą.
Agnieszka Ślusarska z poradni dietetycznej 4Line.pl, która na co dzień udziela porad przez Internet nie ukrywa, że zainteresowanie taką formą leczenia jest spore. – Faktycznie coraz więcej pacjentów korzysta z porad online. Są one uruchamiane na portalach internetowych, niekiedy tworzonych stricte pod taką usługę lub na stronach poradnikowych. Od pewnego czasu „porady online” wprowadzają także centra medyczne. W moim odczuciu wynika to z potrzeby szybkiej informacji, wygody, braku ponoszonych kosztów finansowych, a niekiedy po prostu chęci weryfikacji wiadomości dostępnych w sieci.
Dietetyczka uważa jednak, że pomimo ciągłego wzrostu zapotrzebowania na tego typu porady, standardowa wizyta szybko nie zostanie przez nie wyparta. – W moim gabinecie pracuję z pacjentami zarówno jako dietetyk, jak i psychodietetyk. Przez email, czy komunikator Skype ciężko jest „wyczuć” pacjenta, dobrze go zrozumieć i pomóc mu w jego drodze do celu. Uważam, że bezpośredni kontakt i nawiązana relacja są bezcenne. Zdarza się, że po uzyskaniu odpowiedzi w Internecie pacjenci dzwonią i następnie umawiają się ze mną na konsultację. Jednak z pewnością z każdym rokiem segment usług „online” będzie wzrastać.
Dodatkowo trzeba zdawać sobie sprawę z faktu, że samodzielne decydowanie o terapii, zażywanie leków lub poddawanie się zabiegom, które nie są konsultowane ze specjalistą, może okazać się niebezpieczne dla zdrowia. Znane są przypadki, że samodzielnie źle postawiona diagnoza, doprowadziła do tragedii. Lekarze przestrzegają również przed wykonywaniem badań na podstawie informacji znalezionej w Internecie, ponieważ najczęściej wiąże się ona ze stratą… Pieniędzy i czasu. – Pacjenci, którzy z góry wiedzą, z jaką chorobą przychodzą, nie są zjawiskiem nagminnym, ale nie ukrywam, że jest ich sporo – mówi Władysław Piech, pediatra z Gromnika. – W większości sugerują leczenie choroby, którą wcześniej wykryli na podstawie danych z Internetu. Moim zadaniem jest uświadomić im, że opisywane dolegliwości, wcale nie muszą oznaczać tej konkretnej choroby, ale również kilkunastu innych. Nie jestem przeciwny temu, aby pacjenci szukali w sieci informacji na temat swoich dolegliwości, ale samodzielne diagnozowanie i leczenie się na własną rękę mogą doprowadzić do nieszczęścia.
Pod koniec września ruszyła nawet ogólnopolska akcja „Internet nie leczy”, której celem jest uświadomienie użytkownikom konieczności weryfikacji rad znalezionych w sieci. Organizatorzy zastrzegają jednak, że ideą akcji nie jest zniechęcanie internautów do szybkiego zdobywania wiedzy, ale konieczność zweryfikowania jej u specjalisty. W ramach akcji „Internet nie leczy” osoby zainteresowane będą mogły skorzystać z bezpłatnych badań i konsultacji specjalistycznych, których zakres opracowano na podstawie najczęstszych wyników wyszukiwań internautów. Badania będą realizowane aż do grudnia w wybranych gabinetach na terenie kraju.
Magdalena Podolańska, tarnowska psycholożka i psychoterapeutka nie dziwi się, że ludzie szukają w Internecie odpowiedzi na pytania dotyczące ich zdrowia. – Ludzie reagują na choroby w typowy dla siebie sposób. Jedni im zaprzeczają, u innych pojawia się lęk, czasem nadmierny i irracjonalny, a są także osoby, które zdrowo zaniepokojone tym, co przeczytały w sieci, umawiają się do lekarza.
Sytuacji, w których lekarz nie potrafił zdiagnozować choroby, specjalista lekceważy przewlekłe bóle brzucha, a chirurg zaszywa w pacjencie skalpel jest multum. Nic dziwnego, że część ludzi ma już dość NFZ i swoje zdrowie oddaje w ręce wirtualnego lekarza, zadając przy okazji pytanie, czy składki chorobowe powinniśmy płacić w dalszym ciągu ZUS-owi, czy jednak koncernowi Google…
Autor: Sebastian Czapliński/ TEMI.pl
*Tekst ukazał się na łamach tarnowskiego tygodnika TEMI.